.

Jeden produkt, dwie wersje, różne działanie. Hit i kit od Ziaji.

29 października 2014

Hej :* W chwili przerwy między zajęciami postanowiłam do Was wpaść i coś nieco napisać. Może też się trochę odstresuję przed kolejną prezentacją. Dziś rano już jedną miałam, oczywiście zaliczone na 5 :) A za jakieś dwie godziny mam kolejną... Z tym postem zbierałam się już jakiś czas temu. Byłam pewna, że zostawiłam zużyte opakowanie dezodorantu Sensitiv. Niestety okazało się, że gdzieś zaginęło (albo przy porządkach po prostu wylądowało w koszu) i myślałam, że recenzję porównawczą z dezodorantem, którego używam obecnie będę musiała odpuścić. Ale,ale... Dzisiaj szperając na dysku, znalazłam zdjęcia, które umożliwiły mi porównanie dwóch niemalże identycznych kosmetyków pod względem opakowania, obietnic i wreszcie prawie identycznego składu. Jednak w działaniu różnią się diametralnie...
Anty-perspirant łagodny dla skóry. Nie pozostawia śladów na ubraniu.
DWUKIERUNKOWE DZIAŁANIE PRZECIW POCENIU
• działanie antyhydrotyczne - skutecznie ogranicza wydzielanie potu
• działanie deodoryzujące - neutralizuje zapach potu i zapewnia długotrwałe uczucie świeżości
Bez konserwantów; Bezalergenowa ilość kompozycji zapachowej; Nie zawiera parabenów; Nie zawiera alkoholu; Nie zawiera barwników.  Źródło
Bez konserwantów
Bezalergenowa ilość kompozycji zapachowej
Nie zawiera parabenów
Nie zawiera alkoholu
Nie zawiera barwników
- See more at: http://ziaja.com/kosmetyki/1615,anty-perspirant-w-kremie-sensitiv#sthash.dIrRQZGP.dpuf
Opakowania są proste, niewielkich rozmiarów. Różnią się jedynie kolorystyką napisów oraz wersją zapachową. Są bardzo praktyczne, mieszczą się spokojnie do torebki. Dezodorant się nie wylewa, nie brudzi wszystkiego wkoło. Napisy też się nie ścierają. Nie mam się tutaj do czego doczepić. Oba są bardzo wydajne, mimo tylko 60ml pojemności. Zapach to kwestia oczywiście gustu, jednak według mnie oba są bardzo przyjemne, delikatne i świeże. Tego właśnie szukam w dezodorancie. Niestety oba zostawiają białe plamy na ubraniach. Tak więc, przy ciemnych ubraniach musicie mocno uważać.
Jak widzicie, wszystko do tej pory jest w porządku, dezodoranty niczym się nie różnią. Ale jeśli chodzi o działanie, to wersja Soft jest tu hitem, a Sensitiv niestety kitem. Kiedyś po pozytywnych recenzjach wersji Soft poleciałam do drogerii. Wszystkie są tak podobne, że idzie się pomylić. Oczywiście zamiast Soft wzięłam Sensitiv. Miłości z tego nie było od początku. Zamiast niwelować przykry zapach, dezodorant go tylko potęgował. Jakiś bieg, szybszy chód? A gdzie tam. Nie było o tym mowy, bo zaraz było wszystko czuć. Wyższe temperatury też nie są jego przyjacielem... Zero ochrony, zero czegokolwiek. Natomiast nauczona przykrym doświadczeniem, jakiś czas temu już dokładniej się przyjrzałam i wzięłam wersję właściwą, czyli Soft. Tutaj jest o niebo lepiej. Nie muszę się martwić o przykry zapach, czy zbyt wielką potliwość. Cały dzień dobrze chroni, nawet jak się nieraz spieszę, nie muszę się stresować jak w przypadku Sensitiv. Całkiem przyzwoity dezodorant. Oba kosztują tyle samo, choć można też je dostać często w promocji. Czytałam też, że dziewczyny mocno polecają z tej serii Blokera. Musicie się rozglądać i nie popełnić mojego błędu :D
Skład jest też niemal identyczny. Jedynie w wersji Sensitiv dodatkowo pod koniec znajduje się Allantoin. Obstawiam, że to ten składnik powoduje, że dezodorant się u mnie nie spisał.
Dostępność/cena:
Rossmann, Natura, Stoiska i sklepy firmowe Ziaji / ok. 7 zł
Miałyście? Jaki dezodorant polecacie?

Pielęgnacja 360 stopni z Biedronką!

24 października 2014

Hej ;* Dziś wpadam do Was na szybko, z tego względu, że mam trochę roboty na uczelnię. Excel i te sprawy... Nie mam pojęcia po co mi to potrzebne na Resocjalizacji. Jedynie może do analizy danych z ankiet do licencjatu. Ale tego można się dowiedzieć bez dodatkowego przedmiotu. Nigdy chyba nie zrozumiem mojej uczelni... Ale wracając do tematu. Pewnie jeszcze część z Was nie wie (albo i już wie) ale od wczoraj w Biedronce ruszyła nowa oferta pielęgnacyjna. Podejrzewam, że każdy znajdzie coś dla siebie. Nawet nasi mężczyźni ;) Ja jak zwykle jestem spóźniona, ale może ktoś jeszcze nie wie i po tym poście poleci do Biedronki :) Szkoda, że nie ma czegoś z kolorówki, ale kto wie.. Może niedługo ;) Tymczasem zapraszam Was do zapoznania się z ofertą trwającą od wczoraj (23.10) do 5.11.
Coś szczególnie przykuło Waszą uwagę?

Akademia Zmysłów L'occitane - Masło Shea.

21 października 2014

Hej :* Dziś przychodzę do Was z postem w którym mowa będzie aż o trzech kosmetykach. Już wszystko wyjaśniam. Miesiąc temu dołączyłam do Akademii Zmysłów L'occitane. Część z Was zapewne wie już o co w tym chodzi. Co miesiąc otrzymuję paczkę-niespodziankę z przewodnim składnikiem kosmetyków. W tym miesiącu jest to masło shea. Firma L'occitane od zawsze dobrze mi się jakoś kojarzyła, ale ze względu na dość spore ceny mogłam sobie tylko powzdychać do tych wszystkich dobroci... A tutaj taka okazja wypróbowania ;) Swój pierwszy box otrzymałam pod koniec września. Jako, że kolejny już jest w drodze, pomyślałam, że to czas na recenzję smakołyków z poprzedniej paczki. Pudełko na październik trafiło w mój gust prawie idealnie. Krem do rąk, balsam do ust i masło do ciała. Krem i balsam miałam w zamiarze kupić (ze względu na jesienną porę) a masło do ciała już niekoniecznie (mazideł u mnie dość, a ciężko mi idzie ich zużywanie..). Jednak wszystkie kosmetyki poszły w ruch. Ciekawi jesteście jak wypadły w moich oczach?
Odkryj zmysłową kolekcję o subtelnym zapachu linii Masło Shea L’OCCITANE. Dzięki wyjątkowo wysokiej zawartości masła shea krem jest równie bogaty i głęboko nawilżający, jak najsłynniejsze bestsellery L’OCCITANE, a jednocześnie jego puszysta i lekka jak bita śmietanka konsystencja zapewnia błyskawiczne wchłanianie. Trudno o przyjemniejszy sposób na nawilżenie skóry.
Zacznę od kremu do ciała, który początkowo wydał mi się zbędny i myślałam, że odłożę go na bok. Ale już samo opakowanie przykuło mocniej moją uwagę. Metalowe, srebrne z niebieskim akcentem. Cała seria mocno wpada w moje upodobania. Po odkręceniu ukazuje nam się zabezpieczenie w postaci sreberka. Jak już przedrzemy się przez nie, dostaniemy bardzo puszysty kremik. Wygląda on jak bita śmietana zamknięta w metalowej puszce. Konsystencja po rozsmarowaniu staje się lekka i dobrze się wchłania. Jeśli chodzi o nawilżenie, to u mnie ciężko o systematyczność, więc krem zużyłam do... stóp. O ile moja cera jest mieszana w kierunku tłustej, o tyle reszta ciała jest normalna. Dlatego nie potrzebuję mazideł do tych partii. Ale w okresie jesienno zimowym moje stopy potrzebują sporego nawilżenia. I tutaj masło sprawdziło się świetnie. Szybko się wchłania, nie pozostawia filmu i bardzo przyjemnie nawilża. Używam je zawsze na noc, po czym zakładam ciepłe skarpetki. Rano moje stopy są nawilżone i delikatne.  102zł/125 ml
Kolejny jest krem do rąk. Na początku ucieszyłam się z faktu, ze jest to opakowanie tylko 30ml. Jeśli tylko mogę, to staram się kupować miniaturki kremów do rąk ze względu iż bardzo szybko nudzi mi się zapach. Tutaj dostajemy też podobną szatę graficzną do kremu. Całość wygląda bardzo profesjonalnie i nie ukrywam, że ładnie. Zwraca na siebie uwagę zdecydowanie. Krem jest równie puszysty jak krem do ciała. Wystarczy niewielka ilość by posmarować dłonie. Również bardzo dobrze nawilża i przyjemnie pachnie. Coś jak standardowy krem Nivea. Dość szybko się wchłania pozostawiając nam gładkie dłonie. Jest to najlepszy krem, jaki do tej pory miałam. Nie muszę już tak często smarować dłoni, bo krem zapewnia nawilżenie na dość długo. Jednak minusem jest zdecydowanie cena, która moim zdaniem jest nieco zawyżona w stosunku do wydajności... 29,90zł/30ml
Ostatnim z kosmetyków jest limonkowy balsam do ust. O ile poprzednie dwa kosmetyki mi przypadły, o tyle tutaj jest nieco gorzej. Ale od początku. Balsam dostajemy w standardowej tubce z dziubkiem. Fajne, higieniczne rozwiązanie. Napisy się nie ścierają, nakrętka nie wyrabia. Zapach jest limonkowy, ale lekko chemiczny. Smak jest jakiś dziwny, nieprzyjemny. Na moich ustach balsam po rozsmarowaniu oddziela się nieestetyczną linią na środku warg. Nie mam pojęcia z czego to wynika, jednak jak posmaruję, chwilę odczekam i potem zbiorę go chusteczką, to usta są lekko nawilżone, ale nie jakoś spektakularnie. Na mało wymagających ustach może się sprawdzić, jednak na tych bardziej, niestety nie. 32zł/12ml

Pudełeczko okazało się całkiem przyjemne. Cieszy mnie fakt, że mogę poznać bliżej firmę oraz kosmetyki, na które sama bym sobie raczej nie pozwoliła :) Więcej kosmetyków oraz informacji znajdziecie na stronie L'Occitane. A Wam jak się widzi to pudełeczko?

Post, który nie zawiera rutyny. Delicje od Original Source.

18 października 2014

Hej :* Tylko nie krzyczcie :( Starałam się jak mogłam, żeby coś skleić, ale wyszło jak zawsze... Strasznie nas w tym roku zawalili robotą. Nie dość, że musimy pisać pracę licencjacką, to mamy mnóstwo innych zadań na zaliczanie przedmiotów. Po prostu jakiś kosmos. Mimo to dziękuję, że nadal ze mną jesteście i dodatkowo Was przybywa :) Cieszy mnie to niezmiernie :* Dzisiaj przychodzę do Was z nierutynowym postem. O żelach pod prysznic u mnie ciężko coś znaleźć. Jakoś nie odczuwałam takiej potrzeby, bo żaden nie podbił mojego serca aż na tyle, by poświęcać mu post. Chociaż, jeden taki był, ale zdjęć oczywiście nie porobiłam. Niebawem jednak znów u mnie zawita, bo jest idealny na jesień i dam Wam o nim znać na pewno :) Ten żel jednak ze względu chyba na swoją markę znalazł tu miejsce. Żele OS kusiły mnie od dawna, ale jakoś cena mnie zniechęcała. Jestem z gatunku tych, którzy nie wydają dużo na tego typu kosmetyk, bo uważam, że jest mnóstwo ciekawych, dobrych i przede wszystkim tańszych żeli. Jednak na promocji zapłaciłam za niego chyba ok 8zł. Akurat robiłam wyprawkę na studia, więc wpadł do koszyka. Czy podbił moje serce? O tym dalej.
Żel pod prysznic Chocolate & Orange. Aromat pomarańczy i nieodgadniona tajemnica czekoladowej słodyczy czekają aż je odkryjesz! Takie delicje znajdziesz w butelce żelu pod prysznic Original Source Chocolate & Orange, który zamieni prozaiczny codzienny prysznic w chwilę relaksu do której chce się potem wracać i wracać. Zaakceptuj go lub odrzuć. Jeden z naszych czekoladowych przedstawicieli gatunku ‘Twój prysznic będzie niezapomniany’! Jego korzenie związane są z trzema tysiącami lat sztuki wykorzystywania ziaren kakaowca, miłością do cytrusów i naszym planem walki z rutyną. Tylko brać… Czekolada nie zadaje pytań. Ona zawsze zrozumie … tym bardziej kiedy pachnie niczym pewne ciasteczko. Tak! To delicja, której trudno się oprzeć! Więc om nom nom, albo … prysznic. Dieta? Długie, czekoladowe tradycje, odrobina czekoladowej tajemnicy i aromat pomarańczy. Co nam i Wam to daje? W chwili kryzysu możesz nakarmić swoje zmysły bez ryzyka kalorii. Źródło
Żel dostajemy w przyjemnej dla oka butelce 250ml. Design jak najbardziej do mnie przemawia. Naklejka nie odkleja się pod wpływem wody, nic się nie niszczy. Butelka jest przezroczysta, dzięki czemu widać ile produktu nam jeszcze zostało. Zamknięcie jest typowe na klik, co daje nam pewność, że nic nam się podczas podróży nie wyleje, a przy okazji nie upaćka wszystkiego w łazience. Zatrzask się nie wyrabia, nie psuje, nie zacina. Otwór na wydobycie żelu jest w sam raz. Nie wylewa się przez niego ani za dużo, ani za mało żelu. Choć przy tak galaretowatej konsystencji o to trudno.
Konsystencja jest właśnie jak galaretka, zbita i gęsta. Natomiast atutem tutaj jest dość intensywny i słodki zapach. Jeśli lubicie pomarańczowe delicje, to trafiliście idealnie. Zapach nie jest sztuczny, a wręcz bardzo realistyczny. Może być jednak męczący. Żel pieni się dość dobrze, choć jest słabo wydajny. A to właśnie ze względu na swoją konsystencję. Spełnia swoje podstawowe działanie, czyli dobrze myje. Nie zauważyłam wysuszenia skóry. Zapach utrzymuje się stosunkowo krótko, choć uprzyjemnia nam kąpiel rozprzestrzeniając się po całej łazience. Jednak uważam, że jak na żel za 10zł jest zbyt przeciętny. Liczyłam na coś bardziej wow, a dostałam niestety zwykłego przeciętniaka. Zdecydowanie za tą cenę lepiej kupić dwa tańsze. Ja podejrzewam, że nie sięgnę po kolejne wersje zapachowe, chyba że będą w jakiejś promocji (kiedyś widziałam chyba w Biedronce dwa za 10zł). Choć ciągle kusi mnie jeszcze m.in. malina z wanilią czy cytryna z olejkiem z drzewa herbacianego... Ale prosiłabym o niższe ceny :D
Dostępność/Cena:
Rossmann, Natura, Inne drogerie / ok. 10zł

Miałyście? Jaką wersję zapachową polecacie? A może znacie jakiś inny ciekawy żel pod prysznic?
Buziaki :*

Maybelline AffiniMat podkład matujący-02 Light Porcelain + Wyniki rozdania!

12 października 2014

Hej :* W końcu jestem. Dziś chciałam Wam coś nieco napisać w końcu o kolorówce. Post siedział w roboczych dłuuugi czas, bo miałam mieszane uczucia co do tego gagatka. Długo zastanawiałam się nad recenzją dzisiejszego bohatera. Ale po dłuższych testach, próbach i kombinacjach stwierdziłam, że najwyższa pora Wam go opisać, żeby niektórych może przestrzec. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że podkład ma zarówno zwolenników jak i przeciwników. Są też, Ci którzy są pośrodku. Ja należę niestety do grupy tej drugiej, czyli jestem zdecydowanie na nie. Jeśli jesteście ciekawi skąd takie moje podejście to zapraszam dalej.
Zacznę standardowo, czyli od tego co obiecuje nam producent: Formuła podkładu zawiera składniki działające niczym "mikrogąbeczki" dla perfekcyjnego, naturalnego i matowego wykończenia makijażu. EFEKT: Matowa, w 100 % naturalnie wyglądająca skóra. Perfekcyjne wykończenie makijażu DZIAŁANIE: Efekt matowej skóry osiągany dzięki technologii miliona „mikrogąbeczek” absorbujących nadmiar sebum ze skóry; Idealnie stapia się z odcieniem oraz strukturą skóry, zapewniając perfekcyjne i matowe wykończenie makijażu; Ultralekka formuła pozwala na równomierne pokrycie skóry Źródło1; Źródło 2
Podkład otrzymujemy w tubce z całkiem przyjemnym designem jak na markę przystało. Zastanawia mnie jedynie fakt, iż na stronie producenta zakrętka jest srebrna, natomiast wersja już sklepowa jest kremowo-musztardowa. Ale nie mi to rozstrzygać dlaczego tak. Tubka przyjemnie się prezentuje, napisy się nie ścierają. Niestety w tym wypadku tubka to złe rozwiązanie. Przydała by się zdecydowanie pompka, ze względu na konsystencję podkładu. A ta jest wręcz wodnista. Powoduje często ubrudzenie zakrętki i wszystkiego wokoło. W związku z tym nie jest niestety wydajny. Mi po niecałych trzech tygodniach stosowania zostało troszkę mniej niż pół opakowania. Na stronie Maybelline widnieje aż osiem odcieni, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ja jednak w Rossmannie spotkałam się chyba tylko z czterema odcieniami. W każdym razie były te jasne, więc się skusiłam. Pierwszy raz od dawna wzięłam coś w ciemno, choć kiedyś obiło mi się coś tam o uszy o jego bracie Affinitone, który jest całkiem niezły. Pomyślałam, że wezmę i spróbuję.
Mój kolor jest najjaśniejszy, 02 Light Porcelain. Byłam pod wrażeniem, bo jest faktycznie jasny. Osoby o urodzie Śnieżki niestety będą niezadowolonej, jednak pozostała większość bladolicych już tak. Kolor ma lekko żółte podtony, ale na twarzy tego już tak nie widać. Pierwsze co rzuca się przy nakładaniu podkładu, to paskudny alkoholowy smrodek. Wyczuwalny jest tylko przez chwilę po aplikacji, jednak może być drażniący. W związku z tym, może wysuszać, więc tym z Was, które mają suchą cerę, odradzam. Jak już pisałam odcień fajnie stapia się z cerą nie tworząc efektu maski. Krycie jest słabe, wręcz bardzo. Całe szczęście można je stopniować dokładając kolejne warstwy. Na zakrycie blizn potrądzikowych czy większych niespodzianek nie ma co liczyć. Fajne jednak jest to, że podkład delikatnie matuje, więc użycie pudru jest zbędne przynajmniej przez kilka godzin. Podkład trzyma się dzielnie na twarzy przez około 7-8 godzin. Potem lekko znika, ale nie tworzy plam czy pustych placków. Ja byłam z niego całkiem zadowolona, do czasu. Po zużyciu niecałej połowy zaczęło mi się dziać coś z cerą. Moja buźka reagowała coraz bardziej na nie, wysypem nowych niespodzianek. Zazwyczaj były one niewielkie, jednak zdarzyły się ze dwie większe podskórne gule. Z początku winę zwalałam na nową serię Ziaji Liście manuka z tego względu, że oba produkty zaczęłam używać w podobnym czasie, a i czytałam że nowa seria Ziai może uczulać.. Jednak gdy odstawiłam oba produkty, cera nieco się uspokoiła. Któryś więc z tych produktów zawinił. Nałożyłam więc po przerwie Affinimat i co? Znów mnóstwo krostek... Po całkowitym odstawieniu tego podkładu moja cera powolutku wraca do normy. Wiem jednak, że będę się bała użyć jakiegokolwiek innego podkładu z Maybelline, bo może mnie też uczulić... :(

Dostępność/Cena:
Rossmann / 27,99 zł (ja zapłaciłam za niego w promocji ok. 18 zł)

Na koniec wrzucam wyniki rozdania z Pilomaxem. Zgłosiło się Was całkiem sporo, co bardzo mnie cieszy. Jednak nie ja wybierałam zwycięzcę, tylko maszyna losująca, żeby było sprawiedliwie :) Przechodzę jednak do rzeczy. Zestaw do włosów marki Pilomax wygrywa....
Gratulacje ;) Odezwij się do mnie na meila. Czekam najpóźniej do wtorku wieczorem. I to by było dzisiaj na tyle :) Trzymajcie się ciepło :)

Garnier Ultra Doux. Szampon z olejkiem z awokado i masłem karite.

7 października 2014

Hej :* Jestem, jestem. Opierdzielam się, niestety, ale zdaję sobie z tego sprawę. Sami jednak rozumiecie, zaczął się rok akademicki. W moim przypadku jest to już ostatni rok na licencjacie, więc muszę się wziąć do roboty. Pisanie pracy, a do tego zajęcia, które mamy samodzielnie przeprowadzać w jakiś ośrodkach.. Kosmos. Najważniejsze jest jednak, że udało mi się dostać do promotora, którego od początku chciałam wybrać. U innych z tego co wiem była niezła jatka, bo ilość miejsc była ograniczona. Całe szczęście udało się i mój licencjat będzie w dobrych rękach :) Ale nie przynudzam, tylko zapraszam Was na recenzję szamponu, który kupiłam na wyprawkę tu na stancję, a który oczywiście zaczęłam używać już wcześniej, bo nie mogłam się powstrzymać. Ciekawi jesteście czy podbił moje serce na tyle, bym do niego wracała? Zapraszam dalej :)
Standardowo, kilka słów od producenta: Pragniesz szamponu, który intensywnie odżywi i uelastyczni Twoje zniszczone i suche włosy? Odkryj szampon Garnier Ultra DOUX olejek z awokado i masłem karité stworzony z myślą o włosach zniszczonych. Szampon Ultra DOUX z olejkiem z awokado i masłem karité , jest wzbogacony w olejek z awokado , znany z właściwości uelastyczniająych oraz masło karité , o cechach wysoce odżywczych. Szampon ma gładką i kremową konsystencję, która nie obciąża włosów. 
Szampon otrzymujemy w dużej, bo aż 400 ml butelce z całkiem przyjemnym dla oka designem. Mi się on bardzo spodobał i gdyby nie fakt, że wiedziałam konkretnie po co idę, tak czy siak zwróciła bym na niego uwagę. Naklejka na szamponie się nie odkleja nawet pod wpływem wody. Jedynym minusem w tym wszystkim może być fakt wielkiego wręcz otworu, przez który wydobędziemy szampon. Niestety szamponu wylewa się stanowczo za dużo, przez co jego część się marnuje. Konsystencja nie jest ani mocno gęsta, ani też wodnista. Tak gdzieś po środku. Zapach jest przyjemny, taki ciepły, otulający, słodki po prostu. Utrzymuje się na włosach dość długo i chwała mu za to. Dzięki temu moje włosy uzyskują piękny zapach. Pieni się też bardzo dobrze.
Ale nie czarujmy się, bo poza opakowaniem i całą resztą, najważniejsze jest działanie. Byłam bardzo ciekawa tego szamponu, tym bardziej, że odżywka z tej serii zbiera mnóstwo pochwał. Przyznaję się też bez bicia, że po pierwszym umyciu (bez wcześniejszego olejowania i innych cudów) nie użyłam odżywki. Chciałam sprawdzić po prostu działanie samego szamponu. I byłam bardzo mile zaskoczona. Włosy były miękkie, dociążone i mniej wysuszone niż zwykle po użyciu innego szamponu. Po prostu bajka. Oczywiście nie był to idealny wygląd włosów, jaki bym chciała (ale nie czarujmy się, sam szampon nam tego nie zapewni), niemniej jednak wyglądały one jak po użyciu średniej odżywki nawilżającej. Pierwszy raz spotkałam się z szamponem, który daje od razu efekt jak z odżywką. Dodatkowo w połączeniu z olejowaniem (olej nakładam co jakiś czas, nie przed każdym myciem) oraz nawilżającą odżywką włosy wyglądają na takie, które są w całkiem niezłej kondycji. Ba, odkąd używam tego szamponu, dostaję mnóstwo komplementów na temat włosów. Tak więc coś w tym musi być :) Ja osobiście mogę śmiało polecić ten szampon, choć jest on średnio wydajny. Nie uczulił mnie, nie zrobił krzywdy a wręcz pomógł ujarzmić moje włosy.
Pomijam oczywiście fakt, że tytułowy olejek z awokado i masło karite są gdzieś pod koniec składu, niemniej jednak szampon działa i z checią będę do niego wracała.
Dostępność/Cena:
Rossmann, Drogerie Natura / ok 10 zł

Miałyście? Polecacie jeszcze coś do włosów z Garniera bądź innej firmy? (Obiecuję, że postaram się spiąć i pisać regularnie, choć nie tak często jak do tej pory) Buziaki :*

Mniej kosmetycznie - coś na lepszy sen.

3 października 2014

Hej :* Są tutaj studenci? Jak tam pierwszy tydzień nowego roku? Mi się tak na razie fajnie ułożył plan, że piątki mam cały czas wolne, a co jakiś czas dodatkowo czwartki. Tak to ja studiować mogę :D Pomijam oczywiście fakt, że od poniedziałku do środy mam nieco poupychane zajęcia, ale da się przeżyć. Jednak dziś nie chcę Wam ględzić o studiach, a o gadżecie, który ostatnio często mi towarzyszył. Jakiś czas temu dostałam propozycję kontynuacji współpracy ze sklepem Julimex. Rok temu gdy próbowałam swoich sił w blogowaniu modowym podjęłam współpracę właśnie z tą firmą. Stąd też niedawno dostałam propozycję kontynuacji. Pomyślałam sobie, ze teraz już nie bardzo wypada bo nie ta tematyka. Ale z ciekawości przejrzałam ofertę sklepu i wpadły mi w oko opaski do spania. Planowałam zakup takiego gadżetu, a tutaj okazja trafiła się idealnie. Do tego jest to gadżet w sumie kosmetyczny. Bo przecież każda z nas chce budzić się rano wypoczęta, bez przeszkód w postaci zapalanych świateł w nocy przez domowników. Ale czy opaski się sprawdziły? Zapraszam dalej.
Zacznę może od kilku słów od producenta: To ochronna opaska na oczy wykonana z elanobawełny i wypełniona miękkim wkładem. Miła w dotyku, przewiewna, nie powoduje uczuleń i alergii, ułatwia osiągnięcie stanu wyciszenia i odprężenia. Chroni i izoluje oczy od bodźców świetlnych. 
Właściwości:
- pozwala zasnąć i przespać całą noc
- przydatna w podróży, szpitalu, sanatorium
- ułatwia zaśnięcie w pomieszczeniach w których musi świecić się światło, pracują monitory komputerowe czy telewizory.
Ja należę do osób, które potrzebują ciemności do spania. W dzień niestety nie potrafię zasnąć. Dlatego te opaski wydały mi się być dobrym rozwiązaniem. Zacznę jednak od kwestii technicznych. Pierwsza od góry opaska nieco mnie zaskoczyła. Na stronie widnieje jako czarna w czerwone kropki. Byłam mocno zdziwiona gdy dostałam czarną, ale w różowe kropki. Na stronie takiej oczywiście nie ma. Ja różowy kolor lubię, ale osoby które nie lubią, mogłyby się naciąć. Dlatego radzę uważać. Druga natomiast wygląda niemal identycznie jak na stronie. Poza nimi macie do wyboru jeszcze dwie inne wersje kolorystyczne: czarną w białe kropki oraz białą w czarne kwiaty. Myślę, ze firma mogłaby nieco rozszerzyć kolorystykę tak, by każdy znalazł coś dla siebie.
Opaski są wygodne, choć wiadomo, czuć je na głowie. Ja na początku zanim się przyzwyczaiłam, potrafiłam je przez sen zdjąć. Ale potem było już lepiej. Światło przechodzi przez nie bardzo minimalnie, dzięki czemu osoby, które mają problem ze spaniem przy świetle będą zadowolone. Jedną mam ze sobą tu, w domu, a drugą na stancji. Tą na stancji używam krótko, więc na razie nic się z nią nie dzieje, jednak tą drugą użyłam kilka razy w domu i... Stało się z nią to, co macie okazję zobaczyć na powyższym zdjęciu. Gumka trzymająca najzwyczajniej się rozciągła i zaczęła się dość mocno pruć. Szkoda, wielka szkoda bo liczyłam na troszkę lepszą jakość. Zszyję ją sobie, bo szkoda wyrzucać, jednak po miesiącu takie cuda nikogo by nie ucieszyły...
Dostępność/Cena:
Klik, Klik / 17 zł

Używacie takich gadżetów?