Hej ;* Znów mnie mało... Ale,ale Was za to coraz więcej ;) Witam baaardzo ciepło nowych obserwatorów. Cieszę się, że mimo mojej nieobecności Wy nadal przybywacie i chcecie ze mną tutaj być. Dajecie mi ogromną siłę do pisania i oczywiście motywujecie do działania. Jak tak dalej pójdzie, niedługo będzie Was już tutaj aż 500 ;) W ogóle przegapiłam w międzyczasie trzecie urodziny bloga... Tak, to już trzy lata jak tutaj jestem. I nie zamierzam się zwijać stąd, co to to nie. Jeszcze bardziej wręcz mam chęci do działania, bo widzę, że to ma sens. Ale gadanie gadaniem, a recenzja sama się nie napisze ;) Ostatnio dość było postów lifestylowych, więc pora na coś konkretnego.
Któregoś dnia będąc w Biedronce moim oczom ukazała się półeczka z mnóstwem kolorowych jajeczek. Od razu pomyślałam, że to może być EOS. Ale niestety okazała się to tylko imitacja osławionego balsamu. Niemniej jednak mocno przykuł moją uwagę właśnie ze względu na ten nietypowy kształt. Długo wahałam się nad wersją zapachową, ale w końcu mój wybór padł na pomarańczkę. A do wyboru była jeszcze: malina, truskawka, chyba jagoda, jabłuszko, banan i czekolada. Nie wiem czy o którymś nie zapomniałam. W każdym razie wybór był trudny... A czy trafiony?
Balsam, co od razu mi się spodobało, zamknięty był dodatkowo w szczelny kartonik. Tak więc nie musiałam się martwić o "macaczy drogeryjnych". Wiedziałam, że balsam jest nowiutki, nieotwierany i taki mój. Z tyłu, na kartoniku znajdowały się wszystkie niezbędne informacje. Po obfoceniu dorwałam się do wnętrza, czyli uroczego jajeczka. Pierwsze odkręcenie obyło się bez problemów. Następne jednak to była jazda bez trzymanki :D Albo musiałam się mocno natrudzić (a i tak nie zawsze efekt był pozytywny), albo od razu dawałam mojemu N. do odkręcenia. A, że nie zawsze był obok, balsam używałam sporadycznie. Nie byłam w stanie się z nim siłować... Chciało by się rzec, że cały czar prysł... Ale ja dalej starałam się w to brnąć i nie chciałam go tak łatwo skreślić. Chciałam zobaczyć czy działanie zrekompensuje jego wadę...
Ale niestety nie zrekompensował. Bańka pękała coraz bardziej, wraz z kolejnymi użyciami. Zapach jest dość fajny, pomarańczowy, ale lekko chemiczny. Mi się osobiście podoba. Natomiast gorzej jest ze smakiem. Chemiczny, dziwny, po prostu niesmaczny. Psuł całą radość z zapachu... No, ale może działanie ma najlepsze z tego wszystkiego? Otóż średnio... Balsam pozostawia po sobie delikatną warstewkę ochronną, która daje wrażenie delikatnego błyszczyka. Pasuje, jak najbardziej. Ale wpadł mi w czasie, gdy moje usta miały lekki kryzys i potrzebowały mocnego nawilżenia. I tutaj niestety balsam poległ... Nie radzi sobie z mocno wysuszonymi ustami. Ale już teraz, gdy są one w lepszym stanie, delikatnie je nawilża. Nie oczekiwałam od balsamu za 6 zł nie wiadomo czego, ale chociaż troszkę lepszego działania. W tej cenie można znaleźć naprawdę przyzwoite balsamy ochronne. Tutaj poza ciekawym efektem wizualnym nie mamy nic ciekawego. Rozczarowałam się delikatnie... Jeśli szukacie gadżetu, zdecydowanie lepiej zainwestować trochę więcej i kupić oryginalnego EOSa ;) Obecnie można go chyba jeszcze dostać w Biedronce, ale dosłownie ostatnie sztuki (choć u mnie już wszystkie wyszły ;P)
Macie tego a'la EOSa? Jak Wam się widzi?


