.

Włóż róż na wiosnę! A raczej na policzki... :)

28 marca 2014

Hej Kotki :* :)
Jak tam u Was? Czujecie już tą piękną wiosnę w powietrzu? Co prawda znów pogoda się powolutku próbuje psuć, ale słońce dalej świeci. Do tego już w środę wieczorkiem zaczęłam weekend... Niestety to tylko jednorazowa sytuacja :( Ale dobre i to. Zawsze to więcej czasu dla siebie, rodziny, Miśka i bloga. Odpocznę chociaż trochę sobie. Ale wracając do tematu różu i wiosny. Jak wiosna, to i żywsze kolory. Wiem, że część z Was nakłada różowy róż tylko na zimę, aczkolwiek ja nie zważam na porę roku. Fakt, zawsze lepiej się czułam w różach brzoskwiniowych. Jednak ten wpadł do mnie od kochanej Mag :* Leżał trochę w kosmetyczce, bo jakoś nie mogłam się przestawić. Jednak któregoś dnia spróbowałam... I co? A no to, że nie było źle. Ale czy było na tyle dobrze, bym używała go do dziś dnia? Po to zapraszam dalej :)
Róż dostajemy w okrągłym zakręcanym, plastikowym słoiczku. Nie widzę nigdzie gramatury, jednak na stronie Paese jest podobny o gramaturze 6g więc myślę, że ten ma też gdzieś tyle. Napisy się nie ścierają, róż się nie kruszy. Choć przy odkręcaniu nieco się wyrobił i gdy próbuję go otworzyć, muszę się lekko namachać. Ale tak poza tym nie mam do czego się doczepić. Szata graficzna mogłaby być nieco lepsza, choć osobiście wolę właśnie róże w takiej formie, bo widzę od razu kolor i nie muszę się naotwierać by znaleźć odpowiedni. Do tego jest zgrabny, bez problemu mieści się w kosmetyczce i nie zabiera zbyt wiele miejsca. A gramatura jest w sam raz, tym bardziej że używam go dość rzadko.
Kolor na początku nieco mnie zauroczył. Piękny, jasny róż. Ale potem zapaliła się czerwona lampka w głowie... Dziewczyno, przecież ty masz za dużo różowych 'dodatków' na cerze, więc taki róż je spotęguje. Ale ja jestem ciekawska i chciałam sama spróbować a lampka zgasła. Użyłam raz, drugi, trzeci... Teraz używam na zmianę z brzoskwiniowym kolorem. Ten cudak to BerryBerry od Paese o numerze 5. Nieco chłodny odcień, który całkiem fajnie nadaje się do mojego typu urody. Oczywiście jeśli mam zbyt dużo niespodzianek, staram się go nie używać bo minimalnie wzmacnia ich widoczność (mimo podkładu). Przy nakładaniu musimy uważać, by nie przesadzić bo bardzo łatwo tu o efekt świnki :) Jest on w kamieniu, aczkolwiek mocno pyli, więc trzeba uważać. Trwałość też nie powaliła mnie na kolana. Liczyłam na coś więcej, jednak po kilku godzinach znika. Nie zostawia plam, tylko znika. Szkoda, ojj szkoda... Polubiłam go za kolor i gdy wychodzę gdzieś na chwilę to go ze sobą 'zabieram'. Jeśli jednak potrzebuję czegoś na dłużej, wybieram inny róż.

Dostępność/Cena:
Klik  / 13,15 zł

Miałyście? Jaki ciekawy róż polecacie?

Azjatycki krem BB Ecole Lucy moimi oczami.

23 marca 2014

Hej Misiaki :*
Miałam być systematyczna, ale jakoś tak ciężko mi to idzie. Może to wina pogody? Było baardzo ciepło co mnie demotywowało :D Wygrzewałam się na balkonie na leżaku i czas sam leciał. Ale jestem i przychodzę z dość ciekawą recenzją. Ale zanim to, to zaproszę Was jeszcze raz na mojego instagrama KLIK gdzie będziecie ze mną na bieżąco. Tam też wczoraj dodałam zdjęcie moich nowych cudeniek :) Udało mi się kupić w Deichmannie wymarzone balerinki. Jak część z Was chyba na samym początku bloga czytała, mam dość małą stopę. Znaleźć na mnie normalne buty graniczy z cudem. Ale udało mi się i to takie jakie chciałam. Jestem z nich baaardzo zadowolona. Zobaczymy tylko czy ćwieki nie będą odpadać. Chyba się znowu rozpisałam :D Ale już przechodzę do sedna notki, czyli recenzji mojego pierwszego w życiu kremu BB. Ale nie byle jakiego, tylko prawdziwego, azjatyckiego. Czy było to wow, czy nie? Zapraszam dalej ;)
Zacznę może od kwestii samego opakowania. Gdy dostałyśmy krem na spotkaniu blogerek, zaświeciły mi się oczy. Azjatycki krem bb, do tego w całkiem fajnym opakowaniu. Szata graficzna biało-różowo-czarna mocno do mnie przemawiała. Jakby nie patrzeć to moje ulubione połączenie kolorystyczne. Kartonik oczywiście dość szybko wyrzuciłam. Po otwarciu dostajemy w takiej samej szacie tubkę. Po odkręceniu nieco się zdziwiłam małym ujściem kremu. Najbardziej odpowiada mi oczywiście pompka, a na drugim miejscu właśnie taki mały otwór. Ale narzekać nie ma na co bo wydobywa się całkiem nieźle. Po czasie niestety zakrętka się wyrabia i nie dokręca się równo. Oczywiście zatyka szczelnie otwór, ale jest jakby to powiedzieć krzywa. Nie przeszkadza to jednak w użytkowaniu. Całość opakowania zawiera aż 50 ml kremu, co w porównaniu do podkładów jest dość dużą ilością. Do tego nie zauważyłam ścierania się napisów, czy czegoś złego co mogłoby się dziać.
Krem jest dość jasny. Gdy na spotkaniu otworzyłyśmy go z dziewczynami to lekko się wystraszyłyśmy, bo był aż siny. Jednak po kontakcie z cerą znika ten odcień i ładnie się stapia delikatnie rozjaśniając nam buźkę. Myślę, że bladolice (w tym również ja) byłyby zadowolone z koloru. Konsystencja jest w sam raz, nie jest wodnista ani też zbita. Ale na tym niestety plusy się kończą. Zacznę od zapachu, a raczej lekkiego smrodku. Nie jest może on wyczuwalny po aplikacji, lecz wiadomo, po powąchaniu nie jest miło. Mi to nie przeszkadzało, tym bardziej że na twarzy go nie czuć. Mimo, że stapia się z cerą, to prawie kompletnie nie kryje. Dla osób o ładnej cerze może być dobry, ale ja potrzebuję krycia. Tutaj tego nie zaznamy. Tak samo kiepsko jest z trwałością. Po zaledwie kilku godzinach znika z twarzy odsłaniając to czego nie powinien. Liczyłam na fajny krem bb, jednak się zawiodłam. Nie dałam po prostu rady nosić go solo przez dłuższy czas, bo nie tego szukam. Ale za to świetnie nadaje się do rozjaśniania podkładów nie ujmując ich właściwości. Np. ja mieszam go z podkładem Pierre Rene. Całość posiada wtedy właściwości owego podkładu, tyle że jaśniejszego :) Nie wiem jak jest z dostępnością, bo na stronie http://pinkmelon.pl/index/ od której go mam nie mogę go znaleźć. Z ceną to samo. Niemniej jednak lekko zraziłam się do azjatyckich kremów bb.

Do następnego :*

Peelingujące spa dla twarzy. BingoSpa!

19 marca 2014

Hej Misie :*
Dziś korzystając z chwili wolnego czasu przychodzę do Was z kolejną recenzją. Jak wiadomo, regularny peeling to podstawa pielęgnacji cery. Czy ten mechaniczny, czy enzymatyczny, ale musi być. Ja przyznam się szczerze, że jakiś czas nie byłam do tego przekonana. Ale zauważyłam, że to fajnie działa na cerę. Ścieramy martwy naskórek i cieszymy się gładką buźką. Od dłuższego czasu używam peelingu z BingoSpa średniego. Wcześniej również miałam z tej firmy, aczkolwiek najsłabszy (recenzja tutaj) Już z tamtym się bardzo polubiłam, a ten miał być nieco mocniejszy. Myślałam, że ten będzie taki sam jak jego brat. A czy tak jest? Zapraszam do dalszej części postu :)
Od producenta: 
Średni peeling błotny BingoSpa z kwasem mlekowym i kwasami owocowymi AHA delikatnie usuwa z twarzy martwy naskórek. Zawiera 10% naturalnego błota z Morza Martwego, 3% mielonych pestek z owoców, kwas mlekowy i pięćdziesięcioprocentowe kwasy owocowe. Młoda, zdrowa skóra regeneruje się w cyklach 28-dniowych. Im więcej lat, tym odnowa skóry przebiega wolniej (po 30. roku życia może trwać nawet 40 dni). Martwe komórki nawarstwiają się, skóra staje się szorstka, szara, zmarszczki są bardziej widoczne. Złuszczając skórę za pomocą peelingu BingoSpa, oczyszcza się ją i pomaga w szybszej regeneracji. W przypadku cery tłustej i mieszanej błoto z Morza Martwego oczyszcza zatkane pory skóry (poprzez absorbcję nieczystości z porów ) oraz powoduje istotne  zwężenie porów skóry. Kwas mlekowy i kwasy AHA - kompozycja ekstraktów z marakui, cytryny, winogrona i ananasa - rozpuszczając martwy naskórek, zwiększają poziom nawilżenia skóry, zmniejszają przebarwienia, stymulują syntezę kolagenu skutkiem czego poprawia się elastyczności, gładkość oraz wygląd zewnętrznej warstwy skóry. Po starannie wykonanym peelingu BingoSpa skóra jest oczyszczona i wygładzona, bardziej podatna na działanie aktywnych substancji zawartych w innych preparatach kosmetycznych BingoSpa. Masując skórę, poprawia się krążenie, co zwiększa dostarczanie tlenu i składników odżywczych. Peeling najlepiej wykonywać przy cerze tłustej i normalnej 2 razy w tygodniu, przy cerze suchej i wrażliwej raz.
Opakowanie takie jak zawsze. Plastikowy słoiczek z papierową etykietką. Zakręca się dobrze, choć przy odkręcaniu mokrymi rękami może być ciężko. Do tego papierowa etykieta łatwo się ściera pod wpływem wody. Jednak podczas upadku nic się nie dzieje. Podczas przewożenia również nic złego nie ma miejsca. Jak to bywa w przypadku słoika, widać ile nam zostało produktu i bardzo łatwo się go wydobywa. I tu po raz kolejny apel do firmy, by w końcu zmienili te papierowe etykietki :D
Następną kwestią jest zapach i konsystencja peelingu. Zapach, a właściwie smrodek błota. Najzwyczajniej w świecie śmierdzi błotem. Nie jest za wodnisty i nie spływa z twarzy. Zawiera w sobie dość małe drobinki, które jednak zdzierają dość mocno. Nie liczyłam na jakieś cuda poza zdzieraniem naskórka i tylko to dostałam. Od razu też uprzedzam, że peeling może być nieco za mocny dla bardzo wrażliwej skóry. Mi krzywdy nie zrobił, ale używam go dwa razy w tygodniu. Nie jest on do częstszego użytku. W każdym razie tak jak jego brat, tak samo ten jest moim ulubieńcem. Może jedynie ten smrodek mi przeszkadza i przy następnym peelingu wybiorę coś ładniej pachnącego (chociaż ten będę zużywała wieki... bo jest mega wydajny.) Czy polecam? Jak najbardziej jeśli chcemy tylko podstawowej funkcji. Jeśli oczekujemy czegoś więcej, nie tędy droga :)
Dostępność/Cena:
Klik, Auchan / 16 zł

Mieliście? Polecacie inny ciekawy peeling? :)

Całuśne usta z Anatomicals?

15 marca 2014

Hej Misie ;*
Ostatnio nieco się opuszczam, ale to ze względu na studia oraz piękną pogodę :) Cudowna wiosna za oknem powoduje, że nie chce się siedzieć przed komputerem, tylko wyjść. Tak więc posty będą się pojawiały nie tak regularnie jak do tej pory. Semestr letni jest nieco krótszy, więc i trzeba się troszkę bardziej spiąć. Nie oznacza to, że całkiem o Was zapominam, o nie ;D Będę, tylko nie regularnie. Ale dziś nie o nieobecności, tylko o dość ciekawym balsamie, który wpadł do mnie na spotkaniu blogerek, miesiąc temu. Używałam go dość często i namiętnie, z tego względu, że moje usta potrzebowały mocnej regeneracji. A czy spisał się tak jak powinien? Zapraszam do dalszej części postu :)
Na początek genialny opis producenta <3
 
Twoje wargi są spierzchnięte, popękane i doprowadzają cię do szału? Pomoże Ci nasza terapia rodem z tubki.
Składniki balsamu sprawią, że Twoje usta znowu będą nawilżone, gładkie i całuśne! I to całuśne do tego stopnia, że będziesz musiała walczyć z pokusą obdarzenia każdej Bogu ducha winnej osoby soczystym buziakiem! Schronienia powinny szukać nawet bezzębne babcie i dziadkowie w kategorii wiekowej 80+!
Produkt Anatomicals to podstawowy krok w kierunku <strong>nawilżonych, gładkich ust. Dzięki zawartości takich składników jak wosk pszczeli, olejek z migdałów czy olej kokosowy utrzymuje Twoje usta w doskonałej kondycji każdego dnia. Świetnie sprawdza się zarówno przy niskich, jak i wysokich temperaturach zapewniając ochronę w każdej sytuacji.
Pojemność: 15 ml\
Balsam dostajemy w kartoniku, który ja oczywiście od razu po zrobieniu zdjęć wyrzuciłam... ^^ Enyłej, otwierając kartonik ukazuje nam się mocno dająca po oczach, czerwona tubka. Myślę sobie, tubka? Przecież pewnie balsam będzie się wylewał na prawo i lewo (przykre doświadczenia z Carmexem..) Ale szansę mu dałam, bo moje usta wołały o pomoc. I przyznam się szczerze, że teraz biję się w pierś, bo z tubki nic a nic się nie wylewa i całkiem przyjemnie się nią obsługuje. Sposób aplikacji też wywołał moje zdziwienie, gdyż tubka kończy się dziwnym 'dziubkiem', ale on również nie jest problematyczny. Wszystko bezproblemowo się nakłada. Napisy się nie ścierają, nic się nie niszczy, a balsam non stop jest ze mną w torebce ;)
A jak jest z działaniem? Przyznam się szczerze, że nieco się ucieszyłam gdy w ramach loterii wpadł do mnie na spotkaniu. Dałam mu szansę i odstawiłam na jego rzecz masełko z Nivei. Na szczęście mnie nie zawiódł, a wręcz wywołał zachwyt. Balsam jest bezzapachowy, choć po nałożeniu na usta czuć jakby lekki, dziwny smak. Nie utrzymuje się on jednak długo. Zostawia przezroczystą powłoczkę, która wygląda jak bezbarwny błyszczyk. Nawilża bardzo, bardzo dobrze. Moje usta jeszcze nie tak dawno potrzebowały mocnego kopa przez niską temperaturę. Balsam świetnie je nawilżył i uratował. Pokochałam je za działanie. Ale byłam ciekawa ja sprawdzi się w warunkach ekstremalnych. Mój N. miał mocno wysuszone usta ze względu na pracę. Posmarował raz grubszą warstwę na noc i co? Rano usta były w o niebo lepszym stanie. Do tego balsam jest bardzo wydajny. Ja bardzo polecam jeśli potrzebujecie mocnego nawilżacza i regeneracji.

Dostępność/Cena:
Klik / 8 zł

Miałyście? Polecacie jakieś ciekawe mazidło do ust? :)

Brzoskwiniowa Ice Tea zamknięta w butelce z pompką?

11 marca 2014

Hej Misie:*
Przepraszam Was, że tak późno, ale w końcu jestem. Na weekend nie miałam nawet czasu żeby coś naskrobać, bo spędzałam go z N. w Zielonej. A że pojechał dopiero wczoraj wieczorem, to tak wszystko wyszło. Ale już jestem i nadrabiam. Czas mnie goni, a recenzje same się nie napiszą. Dziś chciałam Wam napisać kilka słów o pysznie pachnącym serum kolagenowym od BingoSpa. Podchodziłam do niego dość sceptycznie, ale po pierwszym poniuchaniu zaczęłam liczyć na coś więcej :D Ciekawi czy się nie zawiodłam? Zapraszam dalej.
Kilka słów od producenta:
Serum kolagenowe BingoSpa zawierające wysokowartościowe, naturalne składniki aktywne skutecznie zmniejszające objawy cellulitu na brzuchu, udach i pośladkach.
Kolagen - regeneruje i przywraca sprężystość wnikając w najgłębsze warstwy skóry, wygładza skórę i poprawia jej pigmentację,
Masło Shea zawiera naturalne tokoferole i kwasy tłuszczowe: palmitynowy, stearynowy, oleinowy, linolowy  oraz naturalne filtry UV o działaniu zmiękczającym, wygładzającym skórę. Dzięki właściwościom odbudowy i regeneracji komórek lipidowych masło Shea poprawia jej jędrność i elastyczność, chroni przed szkodliwym wpływem środowiska oraz neutralizuje wolne rodniki, opóźniając starzenie się skóry
L-karnityna – wzmacnia spalanie tłuszczów i zapobiega ich odkładaniu się. Przyspiesza regenerację skóry. 
Zielona herbata - pobudza mikrocyrkulację krwi i limfy, ułatwia eliminację toksyn.
Wchłonięte składniki kolagenowego serum BingoSpa zmniejszają objawy cellulitu, poprawiają kondycję i koloryt skóry, odżywiają, nawilżają i wygładza skórę.
Opakowanie to miłe zaskoczenie. Do tej pory gdy miałam do czynienia z kosmetykami Bingo, byłam niemiło rozczarowana za każdym razem. Tutaj rozczarowanie zamieniło się w coś lepszego. Butelka przede wszystkim posiada pompkę. Nie metalową zakrętkę, a pompkę, która na dodatek w razie transportu ma możliwość blokady. Nie zacina się, nie odblokowuje sama. Ale to jeszcze nie wszystko. Kolejnym miłym zaskoczeniem była etykietka. Nie papierowa a jakby plastikowa? W każdym razie w razie kontaktu z wodą nic się z nią nie dzieje. Do tego przezroczyste opakowanie dzięki któremu widać zużycie. W końcu całkiem przyjemna szata graficzna ciesząca oko. Wszystko dopracowane na tip top. Jestem pozytywnie zaskoczona.
Serum po wydobyciu z butelki ma dość lekką, nieco lejącą konsystencję. Całe szczęście nie leje się przez palce. Zapach ma po prostu obłędny. Prawdziwa brzoskwiniowa Ice Tea. Nie mogłam się nawąchać. Codzienne smarowanie jest miłym dodatkiem wieczornej kąpieli a nie przykrym obowiązkiem. Mogę go wąchać i wąchać. Wchłania się dość szybko, a zapach na skórze utrzymuje się spory czas po wchłonięciu. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest działanie. A tutaj nie mogę zbyt dużo pozytywnych rzeczy napisać. Właściwie negatywów też nie ma, ale jeśli chodzi o obietnice, to nie są one spełnione w 100%. Jedyne co zauważyłam podczas regularnego stosowania, to zwiększone napięcie skóry. Niestety to by było na tyle z działania. Ale fakt, faktem, że zapach i poprawa napięcia skóry przemawiają za tym, by znów kiedyś je kupić. Jako zwykłe mazidło spisuje się dobrze. Polecam, ale tylko w takim sensie używania :)
Dostępność/Cena:
Klik, Auchan / 16 zł

Miałyście? Jak się u Was spisało?

Rozdanie z okazji Dnia Kobiet.

6 marca 2014

Hej Misiaki :*
Jak tam u Was? Ja już zaczęłam weekend. Ale mój N. niestety przyjeżdża dopiero jutro :( Trudno, trzeba dać jakoś radę. W każdym razie dzisiaj wpadam do Was z szybkim rozdaniowym postem. Upominki może nie są jakoś mega wyszukane, ale myślę że komuś z Was sprawią przyjemność :) A co ciekawego można zgarnąć?
Co należy zrobić, by zgarnąć te dobroci? Obowiązkowo:
*Być PUBLICZNYM obserwatorem bloga

Dodatkowo (ale już nie obowiązkowo :D), by zwiększyć swoje szanse, można:
*Polubić fanpage na fb KLIK (+2 losy)
*Dodać bloga do blogrolla (+3 losy)
*Udostępnić banner na blogu/facebooku (+2 losy)

Wzór formularza:
Obserwuję jako:
Na facebooku lubię jako:
E-mail:
Blogroll: Tak(adres) / Nie
Banner: Tak (adres) / Nie

By wziąć udział w rozdaniu, należy pod tym postem (tylko i wyłącznie pod tym) zostawić komentarz według powyższego wzoru.Rozdanie trwa od dziś (06.03.2014 r.) do 30.03.2014 r. włącznie. Zapraszam do zabawy i życzę powodzenia! ;)

Paradoks pewnej odżywki do włosów farbowanych...

4 marca 2014

Hej Misie :*
Dzisiaj, korzystając z faktu iż zajęcia mam dopiero na 13, to po pierwsze mogłam się wyspać, a po drugie mogłam spokojnie napisać post :) Dziś będzie o dość dziwnym specyfiku... A dlaczego dziwnym, już wyjaśniam. Otóż jakiś czas temu zwiedzałam internety w poszukiwaniu dobrej odżywki do włosów. Moje kudły były w kiepskim stanie i liczyłam, że coś będzie w stanie im pomóc (poza oczywiście fryzjerem...). Tak trafiłam na bloga guru włosomaniaczek, Anwen :) I tak wpadłam na dość ciekawą maskę, która daje efekt podobny do olejowania. Poleciałam do sklepu i oczywiście jej nie znalazłam. Pomijam fakt, że zupełnie wypadło mi z głowy, że niedaleko jest sklep firmowy Ziaji.. W każdym razie trafiłam na odżywkę, która jest z tej samej serii co maska. Myślałam, że może i ona będzie taka dobra. Używam jej już jakiś czas i myślę, że śmiało mogę Wam napisać kilka słów :)
Opakowanie wydaje się być typowo apteczne. Proste, nieprzesadzone, i niewyróżniające się spośród tłumu. Gdyby nie opinie, w życiu nie zwróciła bym na nią uwagi. Biała 200ml butelka z czerwonym zamknięciem i napisami. Jednym słowem nic nadzwyczajnego. Nalepka z napisami się nie odkleja, nic się nie wylewa podczas transportu. Poza designem, nie mam się czego przyczepić. Ale, ale... Nie oceniajmy książki po okładce... :)
Zamknięcie jest typowo na klik, z malutkim dziubkiem. Wydobywa się przez niego odpowiednia ilość odżywki.Ne psuje się, nie odpada. Wszystko trzyma się bardzo dobrze. Minusem w całym opakowaniu może być fakt, że nie widać ile jeszcze nam zostało produktu. Zdecydowanie wolałabym wiedzieć na czym stoję ;)
Odżywka jest dość lejąca, białego koloru. Wystarczy jej naprawdę niewiele by pokryć całe włosy (nawet takiej długości jak moje). Pachnie dość dziwnie. Nie jestem w stanie konkretnie przyrównać tego zapachu do niczego, choć nie jest on jakiś straszny. Nie utrzymuje się długo na włosach, więc da radę to znieść. Odżywka jak widzicie, jest bez spłukiwania. Obietnice producenta są dość ciekawe, aczkolwiek przestałam już wierzyć w to, że coś mi pomoże... Zapytacie pewnie też gdzie jest paradoks tej odżywki? Otóż jest ona dla włosów farbowanych, a ja takowych nie posiadam :) Ale działa faktycznie nieźle. Z trzech punktów mogę się odnieść do dwóch. Wzmacnia włosy i odbudowuje ich strukturę-to na pewno. Włosy są po niej świetne. Czy jak po olejowaniu, tego nie wiem, bo nigdy tego nie robiłam. Ale w każdym razie nie mogłam się ich namacać. Są miękkie, puszyste, sypkie. Jednym słowem nowe włosy... Ale niestety nie zapobiega rozdwajaniu końcówek. Przestrzegam też przed nałożeniem zbyt dużej ilości... Kilka razy zdarzyło mi się przesadzić i włosy wyglądały na nieświeże :) Wiem jednak, że jak ją wykończę, to zaopatrzę się w maskę, która jeśli będzie dawała choć tak dobre efekty jak ta odżywka, to się polubimy :) Polecam Wam nawet jeśli nie macie włosów farbowanych :)
Dostępność/Cena:
Drogerie Natura, Rossmann, Dayli, sklepy firmowe Ziaja / ok 6 zł.

Miałyście? Polecacie jakąś inną ciekawą odżywkę? Przy okazji też zapraszam Was na mojego instagrama KLIK. Tam będziecie na bieżąco. A comiesięczne podsumowania miesiąca przenoszę do archiwum. Już typowych nie będzie. Wszystko za to jest na instagramie, więc warto mnie tam śledzić :)

Najkrótszy miesiąc w roku... Podsumowanie lutego :)

1 marca 2014

Hej Misie :*
Luty zleciał strasznie szybko... Może dlatego, że to najkrótszy miesiąc w roku, a może dlatego że trochę się działo :) W lutym, a dokładniej na początku obchodziłam swoje 21 urodziny. Niedługo trzeba będzie kupować jakieś kremy na zmarszczki czy tym podobne :D Nie, no tak całkiem na poważnie to jestem tym faktem trochę przerażona. Niby nic się nie zmieniło, ale to już 21. Zaraz będzie 30 a potem 50... Pewnie nawet nie zauważę jak to zleci. Poza tym Dzień po urodzinach, 3 lutego miałam ostatni egzamin w sesji. Niestety ustny, a takich najbardziej nie lubię. Bałam się jak małe dziecko, ale wszystko poszło tak jak powinno :) Potem spotkanie blogerek w Gorzowie, które swoją drogą było genialne. Aż w końcu nowy telefon :D Od teraz będę nadawała również z tego urządzenia :) Pierwsze zachwyty już opadły i nie jest już to dla mnie nic nadzwyczajnego. Niemniej jednak dalej nie wiem do czego służy ponad połowa aplikacji, ale tak to jest z Androidami... Do tego wczoraj jeszcze na takie zakończenie miesiąca zrobiłam swój pierwszy szablon na zamówienie dla Kamili. Kiedyś, kiedyś się tym zajmowałam ale nie tak żeby coś komuś. Ale, że się spodobało, to cieszy mnie bardzo. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, śmiało piszcie :D Zapraszam więc do oglądania a nie tylko czytania (O ile ktoś to w ogóle przeczytał.. :D )
1.Fasolki na osłodę ;D Pychota swoją drogą ;)
2.Kuchareczka :D Rodzinka bardzo lubi takie paluchy, a i przepis się pojawił na blogu tutaj :)
3.Nowa zabawka :D
4.No więc właśnie... Już 21, a zaraz pewnie 30... ;/
5.Prezent urodzinowy :) Duża, pojemna i wygodna.
6.Koszmarek... Recenzja była, a ja więcej po niego nie sięgnę.
1.Tyyyle dobroci przywiozłam ze spotkania blogerek.
2."Ale o co chodzi? Że jakąś kitkę miałem na głowie? Wydawało Ci się..."
3.Cudowne dziewczyny, cudowne spotkanie, wszystko cudowne ;)
4.Znów pichcę. Weekend z Miśkiem, więc i coś pożywnego ugotować trzeba :D
5.Heloł :D Długa podróż powrotna do domu, ale było warto.
6.I wspomniany wyżej szablon. Całość można zobaczyć tutaj.

A Wam jak minął luty? Też tak szybko? :) Tymczasem ja spadam się szykować i lecę na spacerek z moim N. Pogoda jest tak piękna, że szkoda siedzieć w domu... A poza tym prawie 13 stopni na termometrze kusi. Do następnego Misiaczki :* :)