.

Aktualizacja włosowa - 04.2017.

23 kwietnia 2017

Hej hej :* Jestem i żyję. Coś ciężko było mi się ostatnio zebrać do pisania. Nad głową ciągle wisi mi praca magisterska, ostatnio też święta i oczywiście promocja -49% w Rossmannie. Praca wre w każdym kierunku, więc i czasu było mało. Natomiast dzisiaj korzystam z chwili wolnego i jestem. Chciałam ponownie wrócić do postów na temat moich postępów w zapuszczaniu włosów. Za nieco ponad rok wychodzę za mąż, tak więc zaczynam już zapuszczać włosy na jakąś piękną fryzurę <3 Tak, tak, kto śledzi mój instagram, już wie od jakiegoś czasu, że właśnie za rok bierzemy ślub z moim N. Czas leci nieubłaganie, bo dopiero co było niecałe dwa lata, a tutaj już rok... Czerwiec będzie dla mnie mocno intensywny, więc może mnie tu być niestety mniej. Trzeba będzie już zacząć wszystko rezerwować (poza salą, bo tą już mamy), a do tego przygotowywać się do obrony. Mocno trzymajcie kciuki, żebym nie spadła z tego rollercoastera :D Swoją drogą, co powiecie na inspiracje i posty ślubne? Dajcie znać! ;) Ale nie o tym jak zwykle miało być, a o aktualizacji włosowej... ;)
Na dzień dzisiejszy, moje włosy są w średnim stanie, choć nie jest też źle. Bywało gorzej, ale też oczywiście i lepiej... W międzyczasie miałam małe (no dobra, ogromne..) zawirowania z fryzjerami, z moimi zachciankami i w ogóle, ale całe szczęście wszystko minęło. Zachciało mi się robić sombre, i wyszło w zasadzie tak, że na górze miałam mój kolor, a niżej włosy były prawie czarne. I to było takie nieestetyczne odcięcie, myślałam wtedy, że się załamię. Jedna fryzjerka rozłożyła ręce, natomiast druga podjęła się na szczęście ich reanimacji. Koniec końców, miałam swoje upragnione sombre, które oczywiście mi się z czasem znudziło... Gdy włosy w miarę już urosły, mogłam ten najciemniejszy dół ściąć (bo w zasadzie miałam trzy kolory płynnie przechodzące ze sobą) a,że  środkowy kolor mocno się już nie odróżniał od moich naturalków wyglądało to już dobrze. Z czasem całość się pięknie wypłukała, a ja mam znów swój naturalny kolor. I obiecuję wszem i wobec tutaj na forum, nigdy więcej eksperymentów! :)
Zdjęcia były robione w słońcu, choć już takim wieczornym. To od razu powyżej, po lewej stronie jest chyba najmniej oddające ich kolor. Choć było robione w cieniu. W każdym razie jest to mój naturalny kolor (nie farbowany! :D) z którego jestem ogromnie dumna. Choć nie powiem, zdarza mi się, że klientki szukają farby do włosów "właśnie w takim kolorze jak pani ma" ... ale cóż... :D Ale miało być o ich zapuszczaniu, tak więc podaję stan długości na dziś:

Stan na dzień 23.04.2017r.  +- 61cm

Standardowo, marzy mi się mega długość, więc będę Was na bieżąco informować jak to wygląda ;) A na dzisiaj myślę, że już się wygadałam, tak więc zapraszam na kolejne posty! ;) Stay tuned :*

Wesołego Alleluja!

15 kwietnia 2017

Hej ;* Ostatnimi czasy nie mam w ogóle chęci ani mocy na cokolwiek. W pracy mamy nawał roboty, więc jak wracam to marzę tylko o ciepłym łóżku i śnie. Postaram się po tym nawale nadrobić wszystko oraz zawalę Was zaległymi postami :D Nie będziecie się nudzić ;) W każdym razie dzisiaj Wielka Sobota, ja lecę do kuchni piec z moją siostrą babki Wielkanocne a Wam chciałam złożyć życzenia...
Dużo zdrówka, radości, spokoju, niezbyt dużego brzucha po świętach ;D, odpoczynku i przede wszystkim rodzinnej atmosfery. Oby te święta były takie jak chcecie. Dyngusa mokrego nie życzę, bo i tak będzie przez pogodową aurę. Ale jajka smacznego mogę :D W każdym razie Wesołego Alleluja!!! ;)

Witaj Nivea!

8 kwietnia 2017

Hej hej :* Dzisiaj czeka mnie ciężki dzień na uczelni. Do tego wczoraj większość dnia odpoczywałam po nocce i kurowałam się. Coś mnie chyba przewiało, bo wszystko mnie boli i jestem bardzo pociągająca :D Jedyny plus jest taki, że wieczór zamierzam spędzić z przyjaciółmi, co niezwykle uwielbiam. Rzadko zdarza nam się gdzieś razem wyrwać. A do tego wszystkiego firma Nivea postanowiła mi umilić ten paskudny czas. Wczoraj dotarła do mnie miła paczka, w ramach projektu "przyjaciółek Nivea". Zaledwie w czwartek rano dowiedziałam się, że dostałam się do programu, a już wczoraj kurier zapukał z niespodziewaną przesyłką. Gdzieś tam widziałam, że dziewczyny dostały już paczki, natomiast nie spodziewałam się od razu "zestawu startowego". Miła i pachnąca niespodzianka ;) Dziś wpadam do Was zaledwie z postem flashowym. Dzięki firmie Nivea, mam okazję stać się jej przyjaciółką i testować nowości marki. Niezwykle mnie to cieszy, bo produkty lubię, choć nie każde oczywiście. Jeśli czytacie blog regularnie, wiecie, że zdarzyło się parę wzlotów ale również upadków. Ostatnio jednak przekonuję się coraz bardziej, a i firma zaskakuje ciągle czymś nowym. Myślę więc, że to będzie zarówno świetna przygoda, jak i okazja do spróbowania czegoś nowego. Swoją drogą nie wiem, dlaczego ciągle nie pojawiła się recenzja pianki do kąpieli (którą de facto uwielbiałam...). No ale nic to, zapraszam Was na szybki flash tego co dostałam i w najbliższym czasie ukarze się na blogu.
Na początek wprowadzę Was nieco w historię i ideę marki. Choć myślę, że wiele z Was gdzieś tam już coś niecoś słyszało... ;)
NIVEA jest linią produktów kosmetycznych międzynarodowego koncernu z Hamburga. Pierwszym, i do dzisiaj najbardziej znanym, produktem tej linii jest NIVEA Creme. To podstawa całej linii marki NIVEA. Krem ten został opracowany i jest sprzedawany na rynku od 1911 roku. Historia marki NIVEA ma już więc ponad 100 lat! NIVEA Creme jest produktem do pielęgnacji skóry. Nic więc dziwnego, że współ-wynalazcą kremu był chemik i dermatolog Paul Unna, we współpracy z aptekarzem Oskarem Troplowitzem. To właśnie Troplowitz nadał kremowi nazwę NIVEA.
Historia marki NIVEA w Polsce
Marki NIVEA i Bambino łącza się ze sobą. W Polsce między I a II wojną światową produkty serii NIVEA wytwarzane były w filii Beiersdorf AG w Poznaniu. Po II wojnie światowej produkcję kremu była kontynuowana w Poznaniu. Pod marką NIVEA na licencji Beiersdorfa firma Pollena-Lechia w Poznaniu wytwarzała kremy. Marka Bambino jest serią kosmetyków do skóry dla dzieci. W Polsce kontynuuje tradycje tej marki, a przez to że ideą tej marki jest pielęgnacja skóry, należy do portfela marki NIVEA. Nie jest to bezpośrednia zależność wizerunkowa, ale marka NIVEA jako producent wspiera lokalna markę Bambino. Rozszerzanie marki i rozszerzanie portfolio Bambino opiera się o doświadczenia i kompetencje marki NIVEA, jednej z najlepiej rozpoznawanych marek kosmetyków do skóry na świecie.  Źródło
W ramach pierwszej paczki nowości otrzymałam dwa dezodoranty Invisible black&white. Produkty na półkach są od niedawna, stąd moja ciekawość jest duża. Nie powiem, oczekuję od dezodorantu dobrej ochrony i braku śladów na ubraniach. W tej kwestii jestem wymagająca, bo w pracy muszę się czuć cały dzień świeżo i pewnie. Ciekawa jestem jak sprawdzą się te dwa cudaki. Męski oczywiście poleciał do mojego N. i to on jest testerem. Przez te wszystkie lata nauczył się już trochę na co ma zwracać uwagę (w końcu jest w związku z blogerką, nie? :D) i postaramy się stworzyć rzetelną opinię na jego temat. Damski oczywiście testuję ja. Ciekawa jestem bardzo. Dziś już pierwsze testy i dezodoranty poszły w ruch ;)
Za jakiś czas spodziewajcie się recenzji obu produktów ;) Ja niezwykle się cieszę, że zostałam przyjaciółką marki i nie mogę się doczekać tej świetnej przygody ;) A Wy jakie macie podejście do dezodorantów Nivea? Może macie jakieś swoje ulubione też innej marki? Piszcie koniecznie! ;)

Insta Mix - Podsumowanie marca w zdjęciach.

3 kwietnia 2017

Hej hej :* Jakby nie patrzeć, mamy już kwiecień... Jak ten czas szybko ucieka. Dopiero co robiłam podsumowanie lutego, a tutaj już goni marzec. Przeraża mnie trochę to wszystko, ale nic na to nie poradzimy. Marzec był dość intensywnym miesiącem, zarówno w pracy jak i w życiu prywatnym. Organizowaliśmy podwójne urodziny (moje i mojego N.) co było nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę to, że zarówno w dzień imprezy jak i po niej byłam w pracy. Okazuje się, że jak się chce to można i udało mi się wszystko logistycznie ogarnąć na tip top. Dodatkowo był to miesiąc promocji. Na początku 1+1 na wybrane kategorie w Rossmannie, potem 2+1 na chemię domową. Nie była bym sobą, gdybym się nie skusiła. No, ale dość gadania, zapraszam na fotki ;)
1.Zakupy. Moje białe adidasy uległy zniszczeniu (po całych czterech latach :D), więc przyszła pora na nowe. Czerwone trampki kupiłam do pracy, jednak okazały się kompletnym niewypałem. Farbują jak nie wiadomo co :( Apaszka i chusta w podobnym tonie, bo do mojej kurtki khaki będą idealnie pasowały :D
2.Znowu zakupy. Tutaj promocja 1+1. Zapasy porobione na jakiś czas :P
3.Dzień kobiet. Całkiem przyjazny dzień ;)
4.Kuracja siemieniem lnianym. Piję codziennie, chociaż przychodzi mi to coraz gorzej.
5.Pierwsze grillowanie w tym roku zaliczone. Na spontanie zawsze najlepiej ;)
6.W marcu zrobiło się cieplej, więc można było wyciągnąć rower z piwnicy. Małe odpimpowanie i jest gotowy do jazdy ;)
7.A tak wykorzystywałam dzień wolny. Rowerowa wycieczka po naszym cudownym parku niesamowicie mnie wycisza. Brakowało mi tego.
8.Zakupy po raz trzeci. Wyszłam tylko po żel dla mojego N. a wróciłam z całą reklamówką :D Wysłać babę na zakupy :D
9. Pod koniec miesiąca pojawił się nowy Skarb. Lektura na pochmurny dzień.

A Wam jak minął marzec? Wrzucajcie linki do swoich podsumowań, z chęcią obejrzę :D Buziaki :*

Szczoteczka do oczyszczania twarzy RDL-pierwsze wrażenia.

28 marca 2017

Hej hej :* Korzystając z tego, że dzisiaj lecę do pracy na późniejszą godzinę, postanowiłam do Was wpaść. Ciężko mi się coś ostatnio zebrać do pisania. Może dlatego, że na głowie ciągle siedzi mi praca magisterska... Staram się jakoś wszystko pchać do przodu i nie zaniedbywać równocześnie bloga. Zresztą pewnie zauważyliście małe zmiany kosmetyczne w szablonie ;) Idealnie może nie jest, ale starałam się jak mogłam. Jeszcze może w międzyczasie kilka rzeczy poprawię, pozmieniam i będzie na tip top. Poza tym pogoda za oknem jest coraz piękniejsza, więc też średnio chce się siedzieć przed komputerem. Poza szablonem odpimpowałam również swój stary rower, dzięki czemu korzystam teraz z uroków wiosny i do pracy dojeżdżam właśnie nim. Może na dniach wrzucę zdjęcie na instagrama, więc bądźcie na bieżąco ;) Ale oczywiście, jak to ja, zawsze się rozgadam a recenzja czeka ;) Zapraszam do lektury ;)

Szczoteczka do czyszczenia twarzy Rival de Loop to zaawansowane narzędzie pielęgnacyjne, które, pomaga zachować młody i zdrowy wygląd skóry. Wyposażona jest w 4 wymienne głowice (w tym 2 normalne szczoteczki i 2 miękkie dla wrażliwej skóry), aby skutecznie wyeliminować zanieczyszczenia twarzy, tłuszcz, pozostałości kosmetyków, plamy ułatwiając tym samym wchłanianie produktów do pielęgnacji skóry i poprawiając elastyczność cery. Efekty: Przyśpiesza odnowę komórek, odmładza i spowalnia procesy starzenia się skóry. Nadaje matowej cerze blask i świeży wygląd poprawiając krążenie na powierzchni skóry rozjaśniając koloryt skóry. Wyniki: Po zastosowaniu szczotki do twarzy skóra staje się gładka i miękka. Szczotka usuwa martwy naskórek, a także oczyszcza pory mogące prowadzić do powstawania zaskórników i innych problemów ze skórą. Zawartość: Szczoteczka do twarzy i ciała 360° do głębokiego oczyszczania i peelingu. Zestaw zawiera 4 szczoteczki do twarzy ( 2 miękkie do wrażliwej skóry (A) i 2 średnie dla skóry normalnej (B)). Działa na 2 baterie AA ( w zestawie). Można schować do futerału. (Źródło)
Szczoteczka na samym początku jakoś mnie nie kusiła. Twierdziłam, że szczytem lenistwa i wygody jest myć twarz czymś takim. Ale jak to ja, chciałam sprawdzić o co tyle szumu. Poczytałam, posprawdzałam i stwierdziłam, że skoro dziewczyny tak chwalą sobie poprawę stanu cery dzięki tej szczoteczce, to i może mi coś to da? Nadarzyła się okazja, moje urodziny. Dostałam ją od mojego N. i od tamtej pory używam jej niemal codziennie.
Szczoteczka zamknięta jest w estetycznym etui, dzięki czemu nie wala się wszędzie po łazience. Prezentuje się bardzo interesująco i całe szczęście jest stabilne, dzięki czemu dobrze trzyma się na półce. W zestawie znajdziemy szczoteczkę, dwie baterie, dwie końcówki do skóry wrażliwej i dwie do normalnej. Za taką cenę jest nieźle. głowice białe są do skóry normalnej a zielone do wrażliwej. Ja jednak używam tej do skóry wrażliwej, natomiast raz w tygodniu wybieram opcję mocniejszą. Dzięki temu nie podrażniam swojej twarzy i nie robię jej krzywdy. Do tej pory minęły już dwa miesiące codziennego użytku, a głowice są jak nowe, praktycznie nieużywane. Coś czuję, że długo nie będę musiała ich wymieniać. A co do wymiany, można spokojnie kupić je w Rossmannie. Nie trzeba już całego zestawu, ponieważ w cenie niecałych 11zł mamy dwie wymienne głowice.
A co z działaniem? Liczyłam tak bardzo właśnie na nie. Chciałam uzyskać efekt wypoczętej, świeżej i rozjaśnionej skóry. Twarz tą szczoteczką myję codziennie wieczorem. Tak jak już wyżej pisałam codziennie delikatną, a raz na tydzień mocniejszą wersją. Przez dwa miesiące mogę powiedzieć w zasadzie niewiele, choć pierwsze efekty zaczęłam zauważać bardzo szybko. Dzisiejszy post jest tylko opisem moich pierwszych wrażeń, jednak jakieś już tam efekty są. Dość szybko moja cera odwdzięczyła mi się za codzienny masaż. Stała się wyciszona, mniej zaczerwieniona. Taki masaż dobrze jej robi. Używam tej szczoteczki z czystą przyjemnością. I powiem szczerze, już wiem o co tyle szumu ;) Nie mam porównania z droższymi szczoteczkami, ale z tego co czytałam, RDL radzi sobie na ich tle bardzo dobrze. Spokojnie mogę ją Wam polecić jako tani zamiennik drogich szczoteczek. Za jakiś czas zdam Wam relację z tego, jak szczoteczka radzi sobie na dłuższą metę. Na chwilę obecną jestem na wielkie tak :)
Dostępność/Cena:
Rossmann / 42,99zł

A Wy? Macie tą szczoteczkę? A może macie porównanie z droższymi szczoteczkami? Piszcie! ;)

Siemię Lniane Oleofarm - kuracja 3-miesięczna czas start!

15 marca 2017

Hej hej :* Dzisiaj wpadam do Was z postem stricte informującym. Od jakiegoś czasu popijam sobie siemię lniane. Nie było to jakoś regularnie, ponieważ zdarzało mi się zapomnieć, a tu potem chwila przerwy i tak wiecie sami... Natomiast z dniem dzisiejszym zaczynam pić siemię lniane regularnie. O siemieniu było głośno już bardzo dawno. Ma dawać znakomite efekty, jeśli stosuje się je oczywiście regularnie. Olej lniany na włosach u mnie sprawdza się dobrze, więc liczę też na nasiona lnu. Gdy cała akcja nieco przycichła, postanowiłam i ja się do niej włączyć. Zawsze tak mam, że jak coś przeminie, to mi dopiero się zachciewa :D Ale dokładniej co i jak, o tym w dalszej części ;)
Na początek może kilka słów od producenta na temat samego siemienia:
Len mielony uzyskany w procesie odtłuszczania jest doskonałym składnikiem codziennej zbilansowanej diety. Nasiona lnu zwyczajnego wykazują korzystny wpływ na funkcjonowanie układu trawiennego, wspierają prawidłową perystaltykę jelit, a także ułatwiają prawidłowe wypróżnianie. Ponadto nasiona lnu zwyczajnego nie zawierają glutenu.
Produkt charakteryzuje się wysoką zawartością białka, błonnika pokarmowego i tłuszczów nienasyconych oraz niską zawartością sodu i kwasów tłuszczowych nasyconych.
Utrzymanie prawidłowego stanu zdrowia wymaga zrównoważonego odżywiania i prowadzenia zdrowego trybu życia.
 Propozycja przygotowania: 1 łyżeczkę lnu mielonego złocistego zalać 3/4 szklanki gorącej wody. Odczekać kilka minut, często mieszając do uzyskania kleiku. Można spożywać do 2-3 razy dziennie z dodatkiem mleka, owoców, soków, jogurtów lub miodu. Len mielony jest również doskonałym dodatkiem do zup, pieczywa, sosów oraz płatków śniadaniowych.
Siemię lniane zamierzam pić codziennie, na czczo. Wieczorem zaparzam sobie napar w kubku, z jednej łyżeczki siemienia. Taką mieszankę dokładnie mieszam, przykrywam, by się spokojnie parzyła, po czym rano po wstaniu mogę śmiało wypić zimnego glutka :D Powiem Wam szczerze, że na początku ciężko mi było przełknąć taką mieszankę, jednak znalazłam na to sposób. Przed samym wypiciem, dokładnie mieszam zawiesinę, która staje się zwykłym napojem. Co prawda mielone nasiona są wyczuwalne, ale o wiele łatwiej jest to przełknąć w takiej postaci. I tak codziennie przez trzy miesiące, by zobaczyć czy to faktycznie działa.
A jakich efektów oczekuję? Przede wszystkim paznokcie. Te są moją zmorą od zawsze. Choruję na niedoczynność tarczycy, przez co moje włosy i paznokcie są mocno osłabione. Postaram się je wzmocnić od wewnątrz poprzez właśnie siemię. Chciała bym, żeby zaczęły rosnąć zdrowe i przede wszystkim, żeby przestały się łamać... Jeśli chodzi o skórę, tutaj nie oczekuję zbyt wiele. Siemię ma nieco ją wyciszyć i uspokoić. Na tym aż tak mi nie zależy, ponieważ odkąd stosuję tonik różany z Evree w duecie ze szczoteczką do mycia twarzy RDL, moja twarz jest ukojona i wyciszona. Tak więc tutaj nie chcę w zasadzie niczego. Włosy, fajnie gdyby stały się mocniejsze, zaczęły rosnąć w szalonym tempie i były zwyczajnie zdrowe. Fajnie by było również, by siemię podniosło moją odporność. Nie jest z nią źle, jednak co jakiś czas łapię przeziębienie (praca z klientem), więc miło by było ją podnieść.
Będę dawać Wam znać co miesiąc czy daję radę być systematyczna i czy zauważam jakieś efekty. Równomiernie do akcji, zamierzam wrzucać posty z miesięcznym stanem włosów i ich długością. Zdarzyło mi się sporo je obciąć jakiś czas temu, więc liczę na ich szybki odrost. Wiem ile mniej więcej rosną na miesiąc, więc będę miała porównanie. Tym samym włosowe posty wracają na bloga ;) No nic, słyszymy się za jakiś czas przy jakiejś recenzji, natomiast na post z podsumowaniem zapraszam za równiutki miesiąc ;)
Trzymajcie się ciepło :*

Insta Luty. Podsumowanie miesiąca w zdjęciach.

2 marca 2017

Hej hej :* Najkrótszy miesiąc w roku dobiegł końca. Jakby nie patrzeć, zaraz będziemy mieli wiosnę. Już momentami można powoli zrzucać zimowe kurtki na rzecz tych przejściowych. Luty był dla mnie miesiącem zmian, próby też samej siebie. Jak już wiecie, zmieniłam pracę, do tego właśnie w lutym minął nam rok odkąd mieszkamy razem z moim N. Do tego również w lutym wypadały moje kolejne -naste urodziny (chciałabym... :P). W międzyczasie też urodziny mojej kochanej siostry, tłusty czwartek i przedostatnia sesja na studiach. Miesiąc szaleństwa ale zdecydowanie dobry miesiąc. Starałam się chociaż część rzeczy uwieczniać na instagramie, choć idzie mi to na razie opornie. Zabrakło tu m.in. urodzinowej niespodzianki od dziewczyn z pracy, mojej małej kontuzji i kilku innych spraw. Jednak jakoś to próbowałam zrobić i koniec końców wyszło to co możecie oglądać poniżej ;) Zapraszam do oglądania ;) :*
1.Zakupy <3. O żelu mogliście przeczytać w poprzedniej notce, lakier okazał się niewypałem (o czym niedługo), Pierre Rene SB po dłuższej przerwie znów w łaskach, henna brwi to u mnie już rutyna ;)
2.Elektryczna szczotka do mycia twarzy to prezent od mojego N. na urodziny. Na razie w fazie testów, choć już mocno się polubiłyśmy.
3.Walentynki *.* Róże od mojego ukochanego, a potem wypad z przyjaciółmi na pizzę ;)
4.LumpeksoweLove. Czasem można upolować coś ciekawego.
5.Świętujemy z rodzinką <3 Kolejne -naste urodziny za mną...
6.Oszukane kotlety zawsze spoko. Uwielbiamy je, choć są czasochłonne w robieniu.
7.Chrusty w pracy na tłusty czwartek. Przyznaję, zjadłam ich kilka, za to pączka ani jednego.
8.Jakoś dawno nie było nowych zdjęć. Fotogeniczna nie jestem, więc ciężko mi coś wybrać. To jednak wyjątkowo mi się podoba.
9.Moja słodka Myszka <3 Za dwa miesiące minie rok jak z nami jest. Rośnie jak na drożdżach.

A u Was jak minął luty? Wrzucajcie w komentarzach swoje podsumowania, z chęcią obejrzę ;) Buziaki :*

Isana - żel pod prysznic Marakuja i Kokos

26 lutego 2017

Hej hej :* Już myśleliście pewnie, że znowu zniknęłam? :) Nie ma tak dobrze :P Jestem znowu i mam dla Was recenzję całkiem fajnego żelu pod prysznic. Mówi się, że żel powinien jedynie przyzwoicie pachnieć i dobrze myć. Są oczywiście osoby, które od żelu oczekują jeszcze wielu innych rzeczy, jak np. nawilżenia. Ja należę jednak do tej pierwszej grupy. Dla mnie żel ma sprawiać przyjemność podczas kąpieli swoim zapachem i po prostu myć. Od całej reszty są wszelkiego rodzaju balsamy, olejki czy masła do ciała. Jakiś czas temu skusiłam się na żel rodzimej marki Rossmanna, a mianowicie Isany. Firma kosmetyki ma godne zauważenia, a ja powolutku zaczynam z nimi przygodę. I muszę Wam powiedzieć, że zapowiada się długi romans ;) Ale nie zdradzając więcej, zapraszam do dalszej części ;)
Co pisze nam producent o żelu?
ISANA żel pod prysznic z marakują i zapachem kokosowym odpręża Twoje ciało podczas kąpieli. Delikatna piana wzbogacona w wartościowy ekstrakt z marakui i przyjemny zapach owoców egzotycznych sprawiają, że codzienny prysznic staje się wyjątkowym przeżyciem. Kompleks pielęgnacyjny pomaga utrzymać wilgotność skóry i zapewnia ochronę przed jej przesuszeniem. Skóra jest miękka i jedwabista w dotyku.
Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Passiflora Edulis Fruit Extract, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Sodium Lauroyl Glutamate, Styrene/Acrylates Copolymer, Sodium Lauryl Sulfate, Benzophenone-4, Propylene Glycol, Parfum, Hexyl Cinnamal, Limonene, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Citric Acid, Sodium Hydroxide, CI 15985, CI 47005.
Żele pod prysznic z Isany jakoś mnie średnio interesowały. Zazwyczaj sięgałam po te Biedronkowe, bo najzwyczajniej w świecie są niedrogie, wydajne i dobre. Odkąd jednak zaczęłam pracę w Rossmannie, coraz częściej kieruję się w stronę produktów tam dostępnych. Po pierwsze z ciekawości, a po drugie może też trochę po to, by mieć większą wiedzę co polecać klientom ;) Żele mają ciekawą, choć prostą szatę graficzną. Każdy ma coś w sobie. Nie wyróżniają się jakoś szczególnie. Opakowanie nie sprawia problemów, a całość jest przyjazna dla oka. Nie wylewa się na prawo i lewo, więc nie musimy się także o to martwić. Nie mam tutaj żadnych zarzutów.
Co do zapachu, ten jest całkiem ciekawy. Wyczuć można tutaj nutę kokosową, ale zmieszaną właśnie z marakują. Jest ciężki do opisania, aczkolwiek intrygujący. Jakiejś szczególnej sztuczności tu nie wyczuwam, więc spokojnie ;) Jeśli jesteście fankami kokosa, możecie go śmiało wypróbować. Żel nie jest ani za rzadki, ani za gęsty. Konsystencja jest w sam raz. Jeśli natomiast chodzi o jego właściwości myjące... To też jest nieźle. Jak już Wam wyżej wspominałam, nie oczekuję zbyt wiele od żelu pod prysznic. Ma myć i to właśnie robi.Nie zauważyłam nawilżenia, ale od tego są inne kosmetyki. Nie oznacza to również, że wysusza, bo tego całe szczęście nie robi. Skóra jest dobrze umyta, nie wysuszona i taka jak powinna być. Ja więcej nie oczekuję i tutaj żel daje mi wszystko to, czego chcę. Nie mogę się przyczepić chyba do niczego. Cenę też ma super, bo bez promocji kosztuje 3,99zł/300ml. Nie jest to duża kwota, więc warto się skusić i wypróbować ;) Ja będę częściej teraz sięgała po żele Isany ;D

Miałyście ten żel? A może jakiś inny z Isany godny polecenia? Piszcie! ;) ;***