.

Pomarańczowe delicje od Czterech Pór Roku.

28 grudnia 2013

No hej Misie :*
Święta, święta i po świętach co? Zleciały strasznie szybko przynajmniej mi. Pyszne jedzenie, przejedzony brzuch, a potem jeszcze świetne 18 urodziny kuzynki, to jest to :D A Wam jak minęły święta? Mam nadzieję, że dobrze i spokojnie. Myślę, że Mikołaj czy tam Gwiazdor (jak kto woli) był hojny? :) Ja skreśliłam dzięki Niemu jeden punkt z wishlisty już skreśliłam. Chociaż na oficjalnej blogowej liście nie było tego prezentu, to kto śledzi fanpage ten wie. Wymarzyłam sobie skórzaną spódniczkę, która wylądowała właśnie pod choinką <3 Już nie mogę się doczekać lata, kiedy ją znów ubiorę :) Jest właśnie taka jaką chciałam. Ale nie o tym maiło być. Dzisiaj wpadam już do Was z recenzją. W najbliższym czasie mam Wam do pokazania kilka ciekawych kosmetyków. Ale zacznę od kremu do rąk, który kiedyś już miałam, ale w innej wersji zapachowej. Tym razem dzięki drogerii superkoszyk.pl wpadł do mnie ta wersja zapachowa, na którą polowałam ale nie znalazłam. Jest to wersja limitowana, może dlatego. Niemniej jednak jak zobaczyłam go na stronie, to nawet się nie wahałam i wrzuciłam do koszyka. Recenzja pojawia się w miarę szybko tylko dlatego, ze wcześniej miałam w swoich rękach ten sam krem, lecz o innym zapachu. Kwestią było tylko upewnienie się czy działają tak samo. Czy jest z tego miłość?
Opakowanie to standardowa tubka zawierająca 130 ml kremu. Design zdecydowanie przyciąga wzrok. Jest mocno pomarańczowy z całkiem przyzwoitą szatą graficzną. Napisy nie powinny się ścierać, chyba że zaczynamy dobijać dna. Ale wtedy po wykończeniu przecież tubki nie będziemy trzymać. Tubka nie otwiera się sama w torebce, więc nie ma obawy o pobrudzenie torebki czy kosmetyczki. Ja krem noszę ze sobą zawsze i nigdy nic złego się nie działo. Dzięki nakrętce możemy krem spokojnie postawić. Otwiera się bez zarzutów, więc nie musimy się też obawiać o paznokcie. Jak na razie jest dobrze.
Konsystencja kremu (po prawej) jest całkiem przyjemna, można powiedzieć, że nawet troszkę bardziej treściwa, aczkolwiek delikatna.
Zapach jaki wyczuwam podczas aplikacji tego kremu to autentyczne pomarańczowe delicje. Może nie pachnie jak te z wyższej półki, ale te 'podrobione' owszem. Czuć czekoladę i tą pomarańczową galaretkę. Krem wchłania się dość szybko pozostawiając dość miły zapach przez dłuższą chwilkę. Potem zapach się ulatnia, więc wrażliwe noski nie będą aż tak niezadowolone. Ja się do niego przyzwyczaiłam, choć przyznam, że nie tego się spodziewałam. Po posmarowaniu i wchłonięciu dłonie są zmiękczone, nie są już tak suche. Zostawia po sobie przez chwilę też lekki film, który znika bardzo szybko. Jest to niestety efekt doraźny do następnego mycia dłoni. Zresztą sam producent zaleca używać go każdorazowo po użyciu mydła bądź detergentów. Niemniej jednak mniej wymagające dłonie będą z niego zadowolone. Moje w tym roku nie są już tak kapryśne, więc krem doraźnie mi pomaga. Choć obawiam się, że jak przyjdzie prawdziwa zima (teraz to chyba jesień... :D) to będę potrzebowała czegoś bardziej nawilżającego.
Ale cieszę się, że mogłam spróbować kremu, który od dłuższego czasu chodził mi po głowie. Myślałam, że zapach będzie nieco apetyczniejszy, choć pomarańczowe delicje lubię. Jeśli Wasz skóra dłoni nie jest bardzo wymagająca, mogę go polecić. Tym bardziej, że cena zachęca.
Dostępność/Cena:
Rossmann, Superkoszyk.pl / ok. 5 zł , (3.49 zł w promocji na stronie superkoszyk)

Dostępnych jest mnóstwo wersji zapachowych, więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Christmas is coming...

22 grudnia 2013

źródło
Hej Kochani :*
Podejrzewam,że od jutra nie będę już miała czasu na napisanie jakiegokolwiek postu. Będzie wielkie gotowanie w kuchni, które uwielbiam. Mimo, że małym dzieckiem już nie jestem i nie czuję tej magii świąt jak kiedyś, nadal lubię siedzieć z mamą w kuchni, ubierać choinkę.. Co prawda choinkę już jakąś godzinę temu ubrałyśmy, ale jutro przypada gotowanie. We wtorek wigilia a w środę osiemnastka kuzynki. Tak więc nie będzie mnie tu troszkę dłużej. Święta to czas, który przeznaczam dla najbliższych. Wspólna wigilia w większym gronie, śpiewanie kolęd... Wszystko to uwielbiam. A Wam Kochani życzę zdrowych, wesołych, spokojnych i przede wszystkim rodzinnych świąt. Wiem,że niektórych już z nami tutaj nie ma, niemniej jednak są gdzieś tam na górze i nie chcą byśmy się smucili. Dlatego przeżywajcie te święta w gronie tych, których kochacie. I może nadszedł też czas, by zażegnać dawne spory, wyjaśnić to co nie wyjaśnione i dopowiedzieć to, co zostało niedopowiedziane... Życzę Wam wszystkiego co sobie wymarzycie pod choinką i by czasem mimo smutków te święta były udane. Nie zapominajcie o bliskich :)
Wesołych i pogodnych świąt z Kevinem! :)

Super zakupy na święta? I do tego z super koszykiem? :)

21 grudnia 2013

Hej Misie :*
Wiem, coraz rzadziej tu jestem. Jak nie uczelnia, to święta. Strasznie ciężko jest mi wygospodarować trochę czasu na bloga. Ale jestem, rzadko bo rzadko, ale zawsze to coś :) Dziś nie będę się jakoś specjalnie rozpisywać, bo mam dla Was info na temat świetnego sklepu, który posiada w swoim asortymencie zarówno kosmetyki jak i przydatne akcesoria do domu. Jest to sklep superkoszyk.pl. Chcecie wiedzieć dlaczego sklep mnie tak zaciekawił?
Jakiś czas temu nawiązałam współpracę ze sklepem superkoszyk. W ramach tego dostałam bon, który mogłam wykorzystać na dowolne kosmetyki. No po prostu miodzio. Jak tylko go odebrałam (czyli w czwartek dość późnym wieczorem) od razu złożyłam zamówienie. W piątek z rana paczka była już zapakowana i przekazana do firmy kurierskiej. Jako, że na weekendy nie pracują, to w poniedziałek rano paczka była już u kuriera. Dokładnie ok. godziny ósmej rano. A chwilę przed czternastą przesyłka była już u mnie! Tak więc, gdyby nie weekend, paczka doszła by dosłownie drugiego dnia od złożenia zamówienia. Firma wykazała się tutaj bardzo ekspresowym działaniem. Na początku nieco się martwiłam, bo słyszałam mnóstwo negatywnych opinii o firmie kurierskiej siódemka. Jednak kurier z mojego rejonu jest bardzo sympatyczny i sumienny. Nie zostawia paczek byle gdzie, nie opierdziela się, że tak powiem. Jak jest w pobliżu to pyta o to czy ktoś jest w domu, a jeśli nie ma to informuje że paczkę zostawia u sąsiadki. Tak więc wszystko cacy.
Jak tylko przesyłka znalazła się w moich łapkach, od razu ją rozpakowałam. Wszystko było bardzo dobrze zapakowane i zabezpieczone. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęć jak poza obłożeniem papierem, kosmetyki były zawinięte w folię, by się nie przemieszczały po kartonie. Powiem Wam, że byłam miło zaskoczona. Wiem niestety jak niektóre firmy słabo zabezpieczają takie przesyłki i coś się może zdarzyć. Tutaj tego problemu nie było.
Ochy i achy mogłabym pisać na temat firmy. Nie jest to absolutnie spowodowane faktem współpracy. Po prostu firma wykazała się rzetelnością, szybkością i zaangażowaniem. Do tego przesympatyczny kontakt z Panią Dianą dopełnia to wszystko. Ja osobiście jestem zachwycona. Serdecznie polecam Wam ten sklep, szczególnie teraz, gdy musicie zrobić świąteczne prezenty czy potrzebujecie produktów do sprzątania. Jedynym malutkim minusem może być koszt dostawy kurierem, który wynosi 9,50 zł. Ale jeśli robicie większe zakupy, które okażą się dość ciężkie, by samemu je nosić, to taka opcja jest jak najbardziej wygodna. Dostajecie wszystko pod same drzwi.

Post jest moją subiektywną opinią. Fakt otrzymania produktów od sklepu nie wpłynął w żaden sposób na moją opinię.

Bo brwi to najważniejszy element makijażu. Henna Venity w roli głównej.

17 grudnia 2013

Hej Dziubki :*
Wiem, znów się będę powtarzać. Przepraszam Was za moją nieobecność, ale niestety uczelnia mnie pochłania coraz bardziej. Okres przedświąteczny to czas pisania prac, kolokwiów itp. Nie będę tego rozwijać, bo kto czyta bloga regularnie, ten wie :) Do tego dzisiaj od rana mam jakiegoś cholernego nerwa. Wszystko mnie irytuje i denerwuje. Oliwy do ognia dolał oczywiście kochany Blogger, który postanowił uprzykrzyć nam życie i usunąć obserwatorów. Kij wie, czy to na stałe czy nie... Ale trudno, nie będę się jeszcze bardziej denerwować. Dziś wpadam do Was z recenzją henny do brwi od Venity. Stwierdziłam, że jeśli mam chodzić do kosmetyczki co miesiąc i płacić 15 zł, to o wiele taniej mnie wyniesie kupno własnej henny i nauczenie się jej używać. Ostatnio zrobiłam się bardziej chętna do nauki takich rzeczy. W niedzielę kupiłam sobie eyeliner, by w końcu nauczyć się 'jaskółki' :D Na razie nie jest źle, ale wiadomo, mogło być lepiej. No, ale nie o tym, tylko o hennie. Ciekawi jak wypadła w moich oczach, a raczej brwiach? :D
Opakowanie to zwykły kartonik oczywiście z informacją, że jest to henna do brwi i rzęs oraz zalecenia dotyczące samego stosowania henny. Mimo to w środku dodatkowo mamy dorzuconą ulotkę, która zawiera więcej informacji niż na kartoniku. A jeśli już zagłębiłam się w to, co znajduje się w środku, to przejdę dalej w tym kierunku. W środku, poza ulotką oczywiście, znajdziemy: aktywator, krem koloryzujący, płatki pod oczy (w przypadku henny rzęs), szablony do brwi oraz aplikator. Ja henny rzęs nie robię, więc płatki mi są niepotrzebne. Choć można nimi oczywiście zabezpieczyć okolice brwi :) Szablony mi są nieprzydatne, gdyż do moich brwi za nic w świecie nie pasują. Jedyne co mi zostaje to aplikator... Którym jedynie mieszam krem z aktywatorem. Do nakładania henny się raczej nie nadaje. Jest stanowczo za sztywny i ciężko się nim w tym przypadku operuje.
Według instrukcji powinniśmy wymieszać 1 cm kremu koloryzującego z 8-10 kroplami aktywatora. Moim zdaniem to stanowczo za dużo aktywatora :) Ja daję zazwyczaj ok 6-7 kropel, ale to taki już max. Wystarcza to na 'zrobienie' dwóch brwi i troszeczkę zostaje na poprawę, lub wypełnienie niedociągnięć. Aplikatorem jak już pisałam tylko mieszam całką papkę :D Nakładam pędzelkiem i tak jest wygodniej. Niby na opakowaniu jest, żeby hennę trzymać 5-10 minut... Ja pierwszy raz tak użyłam i co? Nic :D Trzymałam ok 7 minut i ledwo co chwyciło. Drugim razem trzymałam ok 13-14 minut i było dobrze. Co prawda mocniej zafarbowało skórę, ale w ruch poszedł micel i wszystko pięknie wyglądało.
Tutaj brwi są już potraktowane żelem od Wibo. Niemniej jednak widać efekt. Myślę, że pamiętacie jak moje brwi wyglądały jeszcze jakiś czas temu. Były prawie zupełnie białe, niewidoczne. Teraz jak tylko zauważam, że henna schodzi i wypadało by coś z tym zrobić, to od razu farbuję :) Taki efekt utrzymuje się do dwóch tygodni. Na moich brwiach to dość słaby efekt. Robiąc brwi u kosmetyczki efekt trzymał się prawie miesiąc. Choć tutaj za tą cenę i wydajność nie ma co narzekać. Producent zapewnia nas, że henny wystarczy na 15 użyć. Jednak wydaje mi się, że jest o wiele bardziej wydajna i starczy na dłużej. Ze swojej strony mogę ją polecić mimo słabej trwałości. Za cenę niecałych 10 zł mamy hennę na kilka miesięcy używania, co przy miesięcznym płaceniu 15 zł u kosmetyczki wychodzi o wiele, wiele taniej :) Tak więc jeśli lubicie się bawić w takie rzeczy, to warto spróbować. Choć ja wiem, że gdy wykończę tą (może za jakiś rok... :D) to kupię hennę z Delii, coby spróbować czegoś innego :)
Dostępność/Cena:
Drogeria Jasmin, małe sklepiki osiedlowe / ok. 10 zł.

Miałyście? Polecacie może jakąś inną ciekawą hennę? :)

Nieco nowości kosmetycznych. Czyli jak poprawić sobie humor :)

13 grudnia 2013

Witajcie :*
Tak, wiem ostatnio strasznie mnie tu mało... Niestety po pierwsze dopadło mnie przeziębienie (kto czyta fanpage ten wie) i nie byłam w stanie cokolwiek napisać a co dopiero się uczyć... A po drugie właśnie uczelnia pochłonęła dużo mojego czasu. Zbliżają się święta, a po świętach zostaje niewiele czasu na zaliczenia, więc wszyscy wykładowcy teraz coś od nas chcą. To prace napisać, to kolokwium zaliczyć. Przyszły tydzień też nie będzie za ciekawy, więc może być mnie tu mało. Ale postaram się na święta nadrobić wszystko. Dzisiaj przychodzę do Was z luźniejszym postem, czyli z tym, co ostatnio kosmetycznego wpadło w moje łapki. Część, a właściwie większość jest ze współprac. Ze wszystkiego jestem niesamowicie zadowolona i z przyjemnością będę te kosmetyki używać. Ciekawi co wpadło do mojej kosmetyczki? :)
Jak widzicie, nie jest tego jakoś specjalnie dużo, ale za to same cuda :)
Pierwsza paczka, to cuda z drogerii superkoszyk .
1.Masełko do ust Nivea Raspberry rose. Wiecznie było nam nie po drodze. Jak pojawiło się w Biedronce, to oczywiście mój opóźniony zapłon nie zdążył na tą wersję... Wówczas cena mnie przekonywała, ale nie było tego co chcę. Potem jakoś tak o nim zapomniałam, do czasu gdy zobaczyłam je właśnie w tej drogerii.
2.Krem Barwa-Siarkowa moc. Potrzebowałam czegoś na mój obecny wysyp. Ostatnimi czasy moja cera robi mi straszne psikusy i nie mogę jej okiełznać. Naczytałam się o tym kremie dużo dobrego, więc postanowiłam wypróbować. Ma co prawda przede wszystkim matowić cerę, ale również działać antybakteryjnie. Już wczoraj zaczęłam pierwsze testy. Na noc smaruję punktowo tylko na trądzik, zaś na dzień na strefę T. Zobaczymy czy podziała :)
3.Joanna Naturia - Odżywka bez spłukiwania. Moje włosy wraz z nadchodzącą zimą zrobiły się strasznie suche, matowe i takie bez życia. Liczę na to, że odżywka choć trochę przywróci im witalność.
4.I wreszcie mój Maluszek :) Tutaj też jest długa historia. Daaawno temu szukałam kremu do rąk. Oczywiście najpierw poszperałam w internecie. Wersja czekolada z pomarańczą bardzo do mnie przemawiała. Niestety jest to wersja limitowana, więc nigdzie go już nie dostałam. Postawiłam wtedy na wariant cytrynowy. A jak zobaczyłam, że w tej drogerii jest, nie wahałam się, tylko wrzuciłam do koszyka :)
5.Jedwab Joanny. Tutaj wzięłam go z myślą o mamie, która jedwab stosuje dosyć regularnie, ale z Biosilk. Zobaczymy, jak ten się u niej spisze :)
Pianka do włosów od sklepu pro-sprzęt. Pianka jest do włosów farbowanych i ma utrwalić włosy. No okej, ale wszystko nie tak :D Włosów nie farbuję już naprawdę długo i cała ich długość to mój naturalny kolor. Te dawno farbowane już są dawno ścięte i posiadam swoje naturalne. Piankę oczywiście wybrałam sama, ale nie to po prostu kliknęłam. Miałam wziąć piankę nadającą objętość. W każdym razie ta przyda się do utrwalania loków, które czasem sobie robiłam, a teraz zamierzam robić częściej.
Ostatnie nowości, to rzeczy z dzisiejszych zakupów. Miałam iść tylko po dezodorant. Ale, że przy okazji zauważyłam tego pięknego maluszka z Essence, to i on wpadł do koszyka. Niedługo idę z moim N. na osiemnastkę do kuzynki, więc pazuryry będą potrzebowały czegoś wow :D Zobaczymy, jak się spisze. A dezodorant już miałam, tyle że inną wersję. Właściwie widzę, że nawet nie napisałam jego recenzji... Ale na zimę się powinien nadać dobrze. Na cieplejsze dni będzie po prostu za słaby.

I to by było na tyle. Jak widzicie, nie jest dużo tych nowości, aczkolwiek same ciekawe (przynajmniej w moim mniemaniu :D ) Zabrałam się już za testy, więc za jakiś czas spodziewajcie się recenzji. Co chcecie zobaczyć najpierw? :)

Wisienka w czekoladzie oraz pomarańcza udekorowana laską wanilii.

8 grudnia 2013

Hoł, hoł, hoł :D
Przyznać się, co dobrego dostałyście? :) A może byłyście niegrzeczne i były same rózgi? :P Co prawda już po Mikołajkach, ale co tam. Ja postu typowo prezentowego nie zrobię, bo nie widzę sensu to raz, a dwa jedna paczka mikołajkowa jeszcze jest u kuriera :D Kto śledzi mojego fanpage, ten wie, że nawiązałam współpracę ze sklepem superkoszyk.pl. W ramach współpracy otrzymałam bon zakupowy, który mogłam wykorzystać właśnie u nich. Koszyk zapełniłam, a paczka na dniach powinna przyjść. Cieszę się, że będę miała możliwość przetestować to, co na prawdę mi się przyda i będzie się używało z przyjemnością. Wiele firm z góry narzuca kosmetyki, które nie zawsze są trafione. A przy okazji muszę też pochwalić PR, a konkretnie Panią Dianę, która nie dość, że świetnie zapakowała przesyłkę z bonem, to zadbała również o miłe wrażenia :) Ale dokładny post pojawi się jak tylko paczka do mnie dotrze. A pozostając w klimacie Mikołajkowym, sprawiłam sobie sama taki tyci prezent. Zupełnie nieplanowany, ale jak już się trafiło... Do grona moich świec dołączyła kolejna. Tym razem czekolada-wiśnia, na którą polowałam. Została akurat ostatnia sztuka! Ja coś do tego mam, bo wanilia-pomarańcza też była ostatnia. Nie wahając się ani chwili, wpadła do koszyka. Czy obie świece to moje Love, czy rozczarowanie? Zapraszam do dalszej części posta.
 Świece znajdują się w szklanych, przezroczystych szklaneczkach. Z tego co wiem, dostępna jest również wersja ze szkłem matowym, półprzezroczystym. Zdecydowanie ładniejsze, aczkolwiek u mnie niedostępne. Musimy uważać, by czasem nam nie wypadły z rąk, gdyż w łatwy sposób się pobiją. Po wypaleniu można szklaneczki wykorzystać w różny, ciekawy sposób. Sama szata graficzna obu świec mocno przyciąga naszą uwagę. Czerwona-apetyczne wisienki z kawałkami czekolady, zaś pomarańczowa-soczysta pomarańczka z kwiatem wanilii. Wyglądają bardzo smakowicie. Nalepki można w łatwy sposób odkleić, choć ja do końca wypalenia nie mam takiego zamiaru. Mam wrażenie, że nadają uroku temu wszystkiemu. Dodatkowym plusem jest fakt, że są to nasze rodzinne, Polskie świeczki. W kwestii technicznej nie mam im nic do zarzucenia. Są ładne, dość spore, szklanki po nich można ciekawie wykorzystać.
A co z zapachami... Zacznę może od czekolady z wiśnią. W sklepie wyczuwałam dość mocną woń samej czekolady-wiśni ani trochę. Myślę sobie, może przy paleniu wyczuję tą wisienkę. Jakie było moje rozczarowanie, gdy nic takiego nie wyczułam... Czuć jedynie mleczną czekoladę. Pomarańcza z wanilią również nieco mnie rozczarowała, ale już nie tak bardzo jak poprzedniczka. Przed paleniem wyczuwałam mocną woń pomarańczy i nieco wanilii. Podczas palenia czuć zdecydowane nuty pomarańczowe, zaś wanilia delikatnie się wybija. Niestety nie jest to zapach, jakiego oczekiwałam. Co prawda czuć ją nieco, ale zdecydowanie na przód wychodzi pomarańcza. Nie tego oczekiwałam, choć same zapachy są genialne. Nie są ani trochę chemiczne, wypełniają cały pokój, choć nie pachną już tak intensywnie jak przed paleniem. Mimo to, potrafią umilić wieczór.
Świece niestety nie wypalają się równomiernie. Jak widzicie na zdjęciu wyżej, czerwona wypaliła się lekko w dół, ale powoli zahacza o bok, który został. Myślę, że będzie się wypalała nieźle. Pomarańczowa niestety, pali się w dół. Trzeba będzie jej nieco 'pomagać' by spaliła się równomiernie. Plusem jest fakt, że są wydajne. Są to dość duże świece, więc myślę, że zajmie mi sporo czasu spalenie ich całkowicie. Osobiście bardzo polecam, ale uważajcie bo w czekoladowej wisience wiśni nie wyczujecie, a w pomarańczowej wanilii, wanilia wybija się bardzo lekko. Poza tym zapachy są intensywne, nie chemiczne. Rozejrzyjcie się, bo LaRissa wprowadziła mnóstwo wersji zapachowych. Dostępne są jeszcze: liczi, owoce leśne, śliwka, biała herbata i imbir, bez, jabłko z cynamonem i wiele innych. Musicie na nie polować, gdyż zapachy się wymieniają i ciężko czasem dostać konkretny zapach. Podsumowując, są bardzo wydajne, tanie i pięknie pachną.

Dostępność/Cena:
Biedronka / 4,99 zł

Miałyście? Jakie zapachy polecacie? :)

Coś dla domu - Waniliowe nuty zapachowe.

4 grudnia 2013

Cześć, jestem Angelika i chyba uzależniłam się od świec... Tak właściwie powinien rozpocząć się ten post. Choć jeszcze kilka godzin temu tak bym nie napisała. Dlaczego? Będąc dzisiaj w biedronce zauważyłam świecę na którą już bardzo długo polowałam, a mianowicie świecę LaRissa wanilia-pomarańcza. I wiecie co? Nawet się nie wahałam tylko od razu powędrowała do koszyka. Nie ważne, że dopiero zaczęłam wypalać waniliową, o której dzisiaj. Musiała być moja i już. Jeszcze jak dorwę wersję czekolada-wiśnia to już całkiem. Mikołaju, słyszysz? :D Zaczęło się od wygranej u Gosi gdy w paczuszce znalazłam woski. Zaczęłam palić i w sumie zapach dawały, ale nie taki jak bym chciała. Wtedy jakoś mi przeszło, ale do czasu. Jak zobaczyłam w Biedronce piękne świece, to musiałam... Ale nie dostałam, bo wiecznie było nam nie po drodze. Za to zaopatrzyłam się w podgrzewacze. Pięknie wypełniały pokój zapachem... Jakoś na weekend zaopatrzyłam się w świeczkę waniliową z Pepco. Cud, miód i orzeszki :D A jak dzisiaj zobaczyłam wanilię-pomarańczę to znów przepadłam. I coś czuję, że na tym się nie skończy... :D Przechodzę jednak do sedna notki, czyli recenzji świecy z Pepco. Czy warta była nawet tych 5 zł?
Świeczuszka jest niewielkich rozmiarów. Szklanka w której się znajduje jest zwyczajnie ze szkła więc musimy uważać by jej przypadkiem nie upuścić... Na niej znajduje się niewielka nalepka, którą można odkleić, choć radzę uważać na paznokcie -.- Całość szaty graficznej jest stonowana, aczkolwiek przyciągająca wzrok. Mimo, że była nieco schowana, od razu ją wypatrzyłam pośród innych gadżetów do domu. Ale to już chyba takie małe zboczenie :D Pomijając fakt, że nalepka jest nieco krzywo naklejona i przez to nieestetyczna w kwestii technicznej nie mam nic do zarzucenia.
Na spodzie znajduje się kolejna nalepka... Ta już jest nieco bardziej przydatna. Znajdziemy na niej podstawowe zasady jak postępować albo i nie z taką świeczką. Ja to uznaję za bezużyteczne, choć niektórym powinno się takie nalepki przyklejać na czoło :D Tą z kolei można odkleić w bardzo łatwy sposób.
Świeca niestety nie pali się całkiem równomiernie... Nie jest to uciążliwe, gdyż zostawia tylko minimalne ślady po bokach. Poza tym nie mam się do czego przyczepić. Zapach przed zapaleniem jest bardzo intensywny i waniliowy. Czuć prawdziwą (nie chemiczną!) wanilię. Urzekł mnie od razu jak tylko wzięłam świecę do ręki. Jednak w momencie palenia nieco traci na intensywności. A szkoda, bo zapach jest obłędny. Wypełnia pokój, ale nie tak jakbym sobie tego życzyła. Nie należy ona do dużych świeczek, tak więc pali się też niedługo. Choć nie jest znowu aż tak źle. Ale uważam, że za cenę 5 zł zrobimy całkiem niezły interes :) Wanilia jest prawdziwa, piękna i przede wszystkim nie napakowana chemicznym zapachem. Ja tą świeczkę pokochałam, mimo że nie jest tak intensywna jak przed paleniem. Gdy leży u mnie w szafie przez dłuższy czas niesamowicie wypełnia ją całą. Polecam Wam spróbować. Z tego co wiem, są też inne wersje zapachowe. Ja w takiej szklaneczce nie znalazłam chyba innej. Są jednak też duże świece do świecznika. Co komu pasuje. Choć ja wolę wersję w szklance, gdyż potem można ją wykorzystać do innych celów.

Dostępność/Cena:
Pepco / 4,99 zł

A Wy jak się zapatrujecie na świece? :)

Month in photos. - November 2013

1 grudnia 2013

Heeej :)
Jak tam u Was? U mnie powoli do przodu. Ostatnio tylko mam jakiś problem z oczami. Są strasznie wysuszone i czerwone... Wyklucza to niestety makijaże w najbliższym czasie, do czasu kiedy tego się nie pozbędę. Nie wiem czy to przez kosmetyki (choć ostatnio nie używam nic nowego) czy może problem leży gdzie indziej. W każdym razie trzymajcie kciuki, żeby było dobrze. Dzisiaj wpadam do Was z mixem zdjęć z ostatniego miesiąca. Powiem Wam, że podziwiam dziewczyny, które dodają taki mix co tydzień. Ja jeszcze w sobie nie wyrobiłam takiego nawyku pstrykania fotek... Czasem ciężko mi jest uchwycić nawet te 12 stop klatek z miesiąca, a co dopiero 48... :D Muszę w końcu w sobie wyrobić taki nawyk. Ciężko mi idzie... Ale obiecuję poprawę. No, ale nie smęcę i lecę się szykować, a Was zostawiam ze zdjęciami :) Enjoy! :D
1.Stare makijaże... Przymierzam się do powrotu do tej dziedziny. Motywacją są moje dawne mejkapy.
2.Samojebka, oczywiście :D
3.Zajęcia wokalne. Co tydzień w soboty. Mimo, że trzeba wstawać, lubię to. A jak przychodzi do występów, to jestem jeszcze bardziej zadowolona ;)
4.Jakieś takie gąbkowe pazuryry.
5.Przymierzam się do spotkania blogerek. Co prawda to dopiero w lutym, ale zawsze muszę wcześniej orientacyjnie się rozglądać.
6.Zapiekanki <3 Jestę studentę :D
7.Przedsmak pobojowiska w kuchni... :D Zachciało mi się piec.
8.Efekt końcowy pobojowiska. Czekoladowe muffiny z bananem i zwykłe z jabłkiem <3
9.Jedno z moich ulubionych dań. Często możecie je zauważać w mixach :D Ale co ja poradzę, że ją kocham? ;>  <3
10.Moje bejbi. Cudo za 5 zł z Pepco. Pięknie pachnie. A jak leży w szafie, to służy za jakiś taki zapach. Genialnie wypełnia zapachem szafę, a jak się pali, to cały pokój nią nasiąka...
11.I niech ktoś mi powie, że siódemka to nie moja liczba. Od zawsze towarzyszy mi w życiu... Tutaj przy numerku z szatni.
12."Sabrina, nastoletnia czarownica" <3 Znalazłam na youtubie wszystkie odcinki i oglądam.

To by było na tyle. A Wam jak minął listopad? :)

Makijażowo-pytaniowo :)

29 listopada 2013

Hej Misie :*
Pytałam na facebooku, pytam i tutaj :) Chciałybyście, żebym znów zaczęła malować makijaże? Tak mnie jakoś dzisiaj naszło i stwierdziłam, że sprawiało mi to wiele frajdy. Na co dzień zrezygnowałam z kolorowych mejkapów, ale na potrzeby bloga mogłabym coś wymyślać :) Lubiłam bardzo się malować na kolorowo, ale kiedyś. Chodziłam nieraz jak 'papuga' :) Kolorowo i wesoło :D Tak więc pytam Was o zdanie, czy chcecie bym umieszczała tutaj moje makijażowe poczynania? :D
Dla przypomnienia kilka dawno robionych makijaży:
Więc jak? :)

Zostań ze mną... Błyszczykowe zauroczenie?

26 listopada 2013

Hej Dziubki :*
Wpadam dzisiaj do Was w przerwie między zajęciami. Mam trochę wolnego czasu, więc między nauką na kolokwium postanowiłam coś niecoś naskrobać. Ostatnimi czasy jak zauważyliście, nie mam zbyt dużo czasu na blogowanie. Niestety ostatni okres czasu obfitował w nawał pracy. Co prawda najgorsze już myślę za mną. Została mi ostatnia prezentacja i trzy prace do napisania. Dwie do połowy grudnia, a trzecią do stycznia. Myślę, że jakoś dam radę. Dzisiaj udało mi się zaliczyć kolejną prezentację. :) Ale nie o tym miało być. Początkowo na tapetę miała iść mgiełka od Mariona, ale zdjęcia wyszły jakieś takie ponure. Niestety nie dało się nic z nich 'wyciągnąć', więc sięgnęłam po zdjęcia z dysku. Wśród nich znalazłam błyszczyk od Essence. Byłam pewna, że już o nim pisałam, a tu niespodzianka. Jakiś czas temu go używałam, a ostatnio odszedł jakoś w niepamięć. Myślę, że to najwyższy czas by coś o nim napisać.
Długotrwały błyszczyk do ust jest produktem którego nie zamienisz na żaden inny. Dostępny w kilku intensywnych i zawsze modnych kolorach. Jego struktura jest delikatnie kremowa i trwała. Nie skleja ust, a wygodny aplikator umożliwia precyzyjną aplikacje produktu. Błyszczyki pięknie pachną. (źródło)
Opakowanie jest typowe dla błyszczyków. Napisy na buteleczce się nie ścierają. Jedynie na nalepce na zakrętce. Całość się nie brudzi, nie sprawia problemów. Nie zauważyłam też by błyszczyk się wylewał w torebce czy cokolwiek innego. Zakrętka doskonale zabezpiecza całość. W opakowaniu znajdziemy 13 ml błyszczyku. Jest to dosyć dużo, mimo że buteleczka jest krótka. Zazwyczaj błyszczyki znajdują się w podłużnej buteleczce. Ta jednak jest krótka, ale szeroka. Zajmuje mało miejsca w torebce czy kosmetyczce.
Aplikator jest nietypowy. To gąbeczka zwężona na środku, zaś po bokach szersza. Byłam na początku nieco przerażona, jak tym można się malować. Jednak nie taki diabeł straszny :) Maluje się nim niezwykle wygodnie i jest bardzo przyjemna, jeśli tak to można nazwać. Gąbeczka nabiera odpowiednią ilość produktu. Nie zauważyłam żeby coś się z nią działo. Nie strzępi się, nie niszczy.
Kolor jaki ja wybrałam to 02 MY FAVORITE MILKSHAKE. W buteleczce to bardzo jasny róż. Czegoś takiego szukałam. Jednak po pomalowaniu nim ust poczułam lekkie rozczarowanie. Tym bardziej, że wcześniej przeszukałam internet i nieco o nim poczytałam. Swatche też bardzo mnie przekonywały. Niestety moje usta po pomalowaniu nim zyskują tylko nieco jaśniejszy kolor. Ale różnica jest wręcz minimalna. Po za tym zostawia lekką taflę. Szału niestety nie ma. Ochy i achy internetowe zupełnie mnie nie dotyczą. Błyszczyk, jak błyszczyk. Konsystencja jest nieco gęsta. Tutaj byłam zaskoczona, gdyż dotychczas błyszczyki jakie miałam były bardziej lejące. Co do zapachu, czuć lekką chemię. Ale nie jest źle, gdyż na przód wybija się zapach nieco słodkawy. Wrażliwym noskom może przeszkadzać. Trzyma się standardowo, czyli jakieś dwie godziny gdy nie jemy i nie pijemy. Na początku nie zauważyłam niczego złego, choć im dłużej go używałam i im więcej u mnie sobie leżał, tym coraz gorzej zachowuje się na ustach. Po pomalowaniu po ok. pół godziny tworzy się nieestetyczna 'granica'. Ja osobiście wiem, że nie kupię go ponownie. Ale Wam polecam przejrzeć inne recenzje, bo wiem, że te błyszczyki zgarniają świetne opinie :)

Dostępność/Cena:
Szafy Essence, Drogerie Natura / 8,99 zł.

Moje prywatne odczucia z zabiegu laminowania włosów.

20 listopada 2013

Hej Kochani :*
Ostatnio pogoda nas nie rozpieszcza... Szaro, buro. Nie wiem jak Wy, ale ja ciężko znoszę taką pogodę. Jestem mega senna, nic mi się nie chce. Ogólnie takie rozstrojenie organizmu. Ten tydzień na uczelni też nie rozpieszcza. Prezentacje, kolokwia... Do tego jeszcze ta pogoda. Kombo na całego ^^ Całe szczęście na weekend było nieco słoneczka, więc korzystając z okazji porobiłam zdjęcia kosmetyków, które w najbliższym czasie zrecenzuję. Dziś na ruszt wrzucam zabieg laminowania włosów. Byłam bardzo ciekawa tego kosmetyku, choć odkładałam jego użycie w czasie. W sumie sama nie wiem dlaczego. Kiedy w końcu się za to zabrałam, byłam bardzo ciekawa efektów. Siedząc w czepku już wyobrażałam sobie moje włosy po wysuszeniu. Czy cała te kombinowanie warte jest grzechu...? Zapraszam dalej :)
W zestawie dostajemy saszetkę podzieloną na pół. Dzięki temu zabieg powinien wystarczyć nam na dwa razy. Do tego dołączony mamy czepek utrzymujący ciepło. Sama saszetka nie odbiega niczym od innych. Nie wyróżnia się niczym specjalnym. Czepek utrzymujący ciepło jest dosyć delikatny, więc musimy uważać by go nie podrzeć. Ja niestety przy pierwszym laminowaniu go nieco poturbowałam. Udało mi się co prawda dokończyć zabieg, aczkolwiek już przy zakładaniu czepka lekko go porwałam. Zawinęłam go dodatkowo w ręcznik, gdyż sam nie był już w stanie utrzymać ciepła całkowicie. Niestety po pierwszej aplikacji musiałam go wyrzucić. Moje włosy są już dosyć długie, a mimo to jedna saszetka wystarczyła by pokryć całe włosy. Drugą zostawiłam sobie na później.
Obietnice są dosyć duże i kuszące. Która z nas nie chciała by mieć pięknych, gładkich i zdrowych włosów? :) Moje są w dość kiepskim stanie więc dla mnie brzmiało to jak zbawienie. Nie liczyłam na cud, ale myślałam, że może coś się z nich wykrzesa...
Cały proces jak mamy wykonać laminowanie znajdziemy dość dobrze opisany z tyłu saszetki. Zawartość saszetki to lekko gęsta maź. Dosyć fajnie się rozprowadza na włosach i nie spływa z nich podczas czekania. Zmywa się bezproblemowo. Ja postępowałam zgodnie z tą właśnie instrukcją, a czas wydłużyłam właśnie do 15 minut. Jaki uzyskałam efekt?
Włosy przede wszystkim stały się mniej napuszone. Wyglądały na o wiele zdrowsze niż są. Były miękkie i przyjemne w dotyku. Nie mogłam się nimi nacieszyć. Moje włosy dawno nie były w tak świetnej kondycji. Rozdwojone końcówki stały się jakby niewidoczne, a wszystkie odstające włosy grzecznie się 'uspokoiły'. Ogólnie byłam zadowolona, aczkolwiek aż takiego szału też nie było. Nie oczekiwałam cudów, zważając na stan moich kłaczków. Efekt zadowalający, ale... No właśnie. Gdyby efekt utrzymywał się dłużej, byłoby idealnie. Niestety pięknie było tylko do następnego mycia. Biorąc pod uwagę fakt, że włosy muszę myć co drugi dzień, efekt był krótki. Po umyciu włosy wydawały mi się minimalnie bardziej zniszczone niż były przed zabiegiem. Może to wpływ jakiegoś składnika.. Ja podejrzewam, że drugą saszetkę komuś oddam. Ze swojej strony ani nie odradzam, ale też nie polecam. Jeśli chcecie uzyskać lepszy stan Waszych włosów w szybkim tempie i np. tylko na kilka dni bądź większą imprezę, to można. W tym przypadku sprawdzi się idealnie. Natomiast jeśli oczekujecie długotrwałego efektu, to tutaj tego nie uzyskacie.
A Wy używałyście tego zabiegu? Jakie są Wasze odczucia?

Tani i dobry podkład - czy to możliwe?

16 listopada 2013

Hej :*
Dzisiaj wpadam do Was z recenzją podkładu od Ingrid. Jakiś czas temu postanowiłam w końcu zacząć używać specyfiku zwanego podkładem, fluidem czy jak kto woli. Wcześniej nie odczuwałam takiej potrzeby, jednak moja cera staje się coraz bardziej kapryśna, więc po prostu musiałam, żeby zakryć to i owo. W czeluściach internetu i blogosfery zaczęłam szukać czegoś niedrogiego a dobrego. Nie lubię wydawać nie wiadomo ile na kosmetyki, bo w czasie mojego blogowania odkryłam wiele tanich perełek, które jakością jak i ceną przebijają te wysokopółkowe produkty. Natrafiłam w końcu na kilka pochlebnych recenzji podkładu mało znanej firmy Ingrid. Naczytałam się jednak, ze z dostępnością jest słabo. W każdym razie przeszukałam moje miasto i tylko w jednym sklepiku znalazłam... Typowo gazecianym, choć i kosmetyki też się tam znalazły. Co najciekawsze nawet testery mieli! :D Wzięłam bez zastanowienia, tym bardziej,że i cena zachęcała. Jesteście ciekawi, czy warto było wydać nawet te 7,99 zł? :D
 Dostępne odcienie:
http://www.vpp.pl/index.php?m=product&t=20&pid=7&cid=14#
Podkład dostajemy w czarnej 30 ml tubce. Pojemność z tego co wiem jest typowa dla tego typu podkładów. Całość prezentuje się całkiem przyzwoicie. Kolorystyka jak i cała reszta do mnie osobiście przemawia. Wiadomo-nie jest to produkt wysokopółkowy, aczkolwiek firma postarała się o szczegóły. Napisy się nie ścierają (może jedynie minimalnie na zakrętce nalepka z kolorem). Co ciekawe, zdjęcia robione są po ponad miesiącu codziennego używania. Tak więc jest to najlepszy dowód na to,że nic się złego nie dzieje, jeśli chodzi o napisy i samą tubkę. Niestety nie może być zbyt kolorowo. Zakrętka po pewnym czasie się 'wyrabia' więc musimy uważać by dobrze ją zakręcić i nie 'przekręcić' jeśli wiecie co mam na myśli. Inaczej podkład może być niewłaściwie zabezpieczony. Poza tym tubka nie ma żadnego zabezpieczenia, więc jeśli kupujemy podkład w sklepie, gdzie każdy ma do nich dostęp, to musimy uważać. Mi się udało, gdyż nie dość że były testery, to dodatkowo Pani w kiosku miała tubki schowane za ladą :) Dzięki temu mam pewność, ze nikt nieproszony nie pchał tam swoich łapek :)
Jak widzicie, tubka nie zawiera pompki, przez co może się bardzo brudzić. Niestety wersja z pompką (taka też jest, aczkolwiek droższa) z tego co czytałam może się zacinać. Stąd mój wybór padł jednak na ten typ. Idzie się do tego przyzwyczaić. Tubka jest giętka, więc nie ma problemu z wydobywaniem podkładu.
Odcień jaki wybrałam jest najjaśniejszy z całej gamy. Niestety odcienie są tylko cztery. Porcelana którą mam, nijak ma się faktycznie do tego koloru. Jest dosyć ciemny z nieco żółtymi i pomarańczowymi tonami. Po nałożeniu muszę niestety nakładać troszkę więcej pudru by rozjaśnić go o ton. Nie wiem dlaczego odcienie są tak ciemne... Dla większości Polek może to być spory minus. Całe szczęście nieco bielący puder wyrównuje kolor do koloru szyi. Konsystencja nie jest lejąca, ale też nie jest jakaś zbita.
 Producent obiecuje nam dosyć wiele. Ale... Muszę się zgodzić w większości z tymi obietnicami. Może nie nawilża, ale też nie zauważyłam wysuszenia czy podkreślenia suchych skórek. U mnie często się one zdarzają, więc tutaj ogromny plus. Długotrwałe działanie? Jasne,że tak! :) Tutaj sprawdził się bardzo dobrze. Może nie jest to 16 godzin jak jest obiecywane, ale ciężko znaleźć aż tak trwały podkład. Ja gdy robię rano makijaż, tak wieczorem przy demakijażu jeszcze znajduję większość podkładu na wacikach. W ciągu dnia trzeba go raz przypudrować i może też minimalnie znikać, ale nie jakoś spektakularnie. Tak więc nie musimy się martwić o to czy coś nam nie ubyło :) Daje znakomicie naturalne wykończenie. Jak pytałam koleżanek czy coś widać, to stwierdziły, że wygląda naturalnie, tak jakbym nic nie miała. Nic, czytaj lepszą, naturalną cerę :D Krycie ma średnie w kierunku słabego, ale u mnie to co jest niepożądane zakrywa. Nie poradzi sobie natomiast z większymi wypryskami czy zaczerwieniami, ale od tego już jest korektor. Ja jestem zadowolona z trwałości jak i krycia.
Tutaj jeszcze bez pudru, stąd nieco ciemniejszy kolor.
 
 Jak widzicie na zdjęciach powyżej, podkład daje bardzo naturalny efekt. Nie musimy się obawiać o efekt maski. Czytałam też na wielu blogach, ze ciemnieje w ciągu dnia, jednak ja nie zauważyłam czegoś takiego. Zasycha bardzo szybko na twarzy. Nie w tempie ekspresowym, ale dosyć szybko więc musimy uważać, żeby nie narobić sobie smug. Ja rozprowadzam go palcami i dzięki temu potrzeba go naprawdę niewiele by pokryć całą twarz. Daje dość świecące wykończenie, więc niezbędny jest puder matujący. Jest bardzo wydajny. Używam go ponad miesiąc niemal codziennie, i mam go jeszcze ok 1/3. Za tą cenę uważam, że to naprawdę tani i wydajny podkład.
Dostępność/Cena:
Słaba... Malutkie drogerie osiedlowe, kioski / 8-9 zł

Ze swojej strony polecam go z czystym sumieniem. Jest naprawdę wydajny, tani, trwały. Czego chcieć więcej? :)

Płyn micelarny od Mariona.

12 listopada 2013

Hej Misie :*
Jak tam u Was? :) U mnie powolutku do przodu :) Post już piszę drugi raz, gdyż wcześniej podczas dwugodzinnego okienka blogger zaczął coś szwankować i nie mogłam sobie poradzić. Mam nadzieję, że teraz będzie już lepiej. Dzisiaj przychodzę z recenzją kolejnego produktu od firmy Marion. Jak pamiętacie, dzięki uprzejmości tej firmy otrzymałam paczkę kosmetyków do przetestowania. Większość produktów przypadła mi do gustu. Jedynie maska powędrowała do mojej mamy. Co do dzisiejszego gagatka miałam trochę mieszane uczucia. Najpierw go używałam, potem oddałam mamie, po czym znów do niego wróciłam. Jesteście ciekawi skąd taka a nie inna była jego droga? ;) Zapraszam dalej.
Standardowo kwestie techniczne. Płyn zamknięty jest w przezroczystym opakowaniu z czerwoną nakrętką. Nic nadzwyczajnego. Odkręca i zakręca się bezproblemowo. Otwór przez który wydobywamy płyn nie jest ani za duży ani za mały. Podczas transportu nic się nie wylewało, nie odkręcało samo. Napisy się nie ścierają. Nie mam się za bardzo do czego tutaj doczepić.
Płyn jak na tego typu konsystencję przystało jest płynny niemal jak woda. :D Zapach ma lekko owocowy (?) Tak mi się przynajmniej wydaje. Czuć jednak minimalnie alkohol. Nie pozostaje on długo na naszej skórze, więc nie jest źle. Pora zmierzyć się z obietnicami producenta... Płyn zmywa makijaż, owszem. Jednak żeby się go całkowicie pozbyć, musimy się dosyć mocno i długo natrzeć. A jak wiadomo, oczy są dosyć delikatne. Nie ukrywam, że można stracić kilka rzęs... Nie o to nam tutaj chodzi, prawda? Płyn ma zmyć makijaż i tyle. Zmywać, zmywa ale jakim nakładem pracy i nerwów. Do tego miałam zawsze wrażenie, że nie do końca mam zmyty podkład z twarzy i dodatkowo resztki zmywałam żelem. A dlaczego miałam od niego odskoki i powroty? Otóż po pierwszym użyciu zniechęcił mnie do siebie. Wówczas mama się ucieszyła i poleciał do niej. Ale myślę sobie, spróbuję dać mu drugą szansę. Przy drugim podejściu było to samo, więc zrezygnowałam. Jak chusteczki bardzo polubiłam, tak płyn mnie niestety nieco zawiódł. Wieczorem oczekuję szybkiego demakijażu, a tutaj tego nie dostałam. Plusem jest natomiast to, że zostawia cerę lekko nawilżoną i nie zapycha. 
Na koniec skład dla zainteresowanych: 
Dostępność/Cena:
Drogerie, klik / 4,85 zł

Myślę,że cena nie jest wygórowana, ba, jest niska. Aczkolwiek ja się nie skuszę na kolejne opakowanie.