.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

Lakiery Eveline Color Edition - Colour instant numery 911 i 917.

9 stycznia 2015

Heeej :* Jak tam u Was? Ja po trzytygodniowym leniuchowaniu wracam powoli do 'normy'. No prawie tyle czasu leniuchowania, bo część zajęły mi różne projekty na uczelnię i oczywiście pisanie licencjatu. Jutro zaś w końcu planuję zakupy internetowe :P Doczekałam się wypłaty, na którą swoją drogą zamiast dwóch tygodni, czekałam prawie półtora miesiąca, ale mniejsza o to... Mam nadzieję, że mi się to uda, bo jakby nie patrzeć jestem w tym 'nowa'. Do tej pory preferowałam stacjonarne zakupy. Jednak potrzebuję henny do brwi refectoil, którą niestety stacjonarnie trudno jest ją dostać. Chyba, ze wiecie gdzie w Zielonej Górze ją dostanę? :D Ale, ale, post miał być o czymś innym. Henną zajmę się innym razem, a dziś chciałam Wam zaprezentować dwa lakiery do paznokci, które zagościły u mnie jakiś czas temu. U mnie lakier dość łatwo i szybko jest sprawdzić. A czy piękne kolorki lakierów od Eveline z serii Color Edition, sprawdziły się u mnie? O tym przeczytacie w dalszej części.
Szybkoschnący i długotrwały lakier do paznokci.
Doskonały dla kobiet, które cenią sobie czas a jakość stawiają na pierwszym miejscu! Dłonie są „wizytówką” kobiety, dlatego spełni on oczekiwania nawet tych najbardziej wymagających. Innowacyjna formuła Fast Dry & Long Lasting pozwoli cieszyć się oszałamiającym manicure przez długi czas.  Źródło
Lakiery dostępne są aż w 25 kolorach. Każdy znajdzie coś dla siebie. Zamknięte są w kwadratowej buteleczce z białymi napisami, które jak do tej pory się nie pościerały i chwała im za to. Nakrętka dokręca się szczelnie, więc nie ma obawy o to, by lakiery zbyt szybko wysychały. Pędzelek jak widać jest dość fajnie ścięty, do bardzo ułatwia aplikację. Idealnie dopasowuje się do kształtu paznokcia, co pozwala na precyzyjne pokrycie płytki. Nie zauważyłam by wychodziły z niego włoski. W obu lakierach pędzelek jest taki sam.
911 to głęboka, krwista czerwień. Klasyczna, a równocześnie elegancka. Nada się zdecydowanie na większe wyjścia, ale również na co dzień do podkreślenia szarego, zimowego stroju. Podczas malowania nie smuży, wysycha bardzo szybko. Gdy pierwsza warstwa jest już nałożona, a ja chcę nałożyć drugą warstwę na dłoń którą malowałam pierwszą, lakier na niej jest już prawie suchy. Do pełnego krycia potrzeba dwóch warstw. Lakier co ważne, nie odbarwia płytki. Tak więc z obietnicą wysychania się zgodzę. Jednak co do trwałości, już niekoniecznie. Paznokcie pomalowane wieczorem wyglądają nienagannie. Natomiast już na drugi dzień lakier zaczyna odpryskiwać. Tak więc nada się tylko na większe wyjścia...
917 natomiast to piękny róż, wpadający nieco w koral. Uwielbiam ten kolor. Tutaj również malowanie jest bardzo przyjemne. Wysycha także bardzo szybko, choć nie aż tak ekspresowo jak jego kolega. Ale jestem w stanie mu to wybaczyć za ten cudowny kolorek. Z trwałością jest tu lepiej. Na drugi dzień miałam tylko lekko starte końcówki. Szału nie ma, ale jest lepiej niż u poprzednika. Wystarczy tylko lekko dorobić końcówki i można dalej cieszyć się pięknym kolorem.
Oba lakiery posiadają po wyschnięciu dość wysoki połysk. Zaznaczam też, że na moich paznokciach większość lakierów trzyma się słabo, choć nie aż tak. Możecie śmiało wypróbować, bo co paznokcie to inne odczucia ;) A wydatek nie jest wielki, bo zaledwie 7zł. A dodatkowo muszę wspomnieć, że na wizażu lakiery zgarniają dość wysokie opinie. Tak więc próbujcie :P

Dostępność/Cena:
Klik / 10,59zł (szukajcie również stacjonarnie, bo dziewczyny podają cenę zdecydowanie niższą ;))

Miałyście? Jaki kolor z tej serii polecacie? :)

Pędzle do makijażu Hakuro H51 i H85 od Ecobelle.pl - pierwsze wrażenia.

19 grudnia 2014

Hej :* Rozleniwiłam się trochę, wiem :P Ale idą święta i nic się nie chce.. Do tego kupowanie prezentów, pomaganie w domu. Sami rozumiecie. Ale mimo to, uwielbiam tą całą atmosferę, te światełka, ozdoby, choinki, a przede wszystkim czas spędzony z rodziną ;) Należę do tych osób, dla których to właśnie rodzina jest na pierwszym miejscu. Ale nie o tym miało być, a o pędzlach, które zagościły w mojej kosmetyczce już jakiś czas temu. Po codziennym używaniu myślę, że mogę się wstępnie o nich wypowiedzieć. Na pełną recenzję musicie poczekać jeszcze z rok :P Niemniej z umowy trzeba się wywiązać, więc chciałam Wam przedstawić moje pierwsze wrażenia na ich temat. W mojej kosmetyczce mam dwa Hakusie. H51 do podkładu i pudru oraz H85 do kresek i brwi. Ciekawi jak się sprawdzają? :)
H51: Bardzo gęste włosie, bardzo miłe w dotyku. Pędzel idealny do nakładania podkładów o płynnej konsystencji oraz kosmetyków mineralnych. Rozprowadza produkt nie pozostawiając smug. Umożliwia równomierne nałożenie kosmetyku i uzyskanie naturalnego efektu. Trzonek pędzla wykonany jest z naturalnego drewna.
- Całkowita długość pędzla: 16 cm.
- Długość włosia: 2,2 cm.
Nakładanie podkładu o płynnej konsystencji: Przed użyciem spryskaj pędzel odrobiną wody, aby nie pochłaniał zbyt wiele kosmetyku. Wyciśnij odrobinę podkładu na zewnętrzną stronę dłoni. Delikatnie "mocząc" pędzel w podkładzie nanieś kosmetyk miejscowo na całą twarz. Na koniec okrężnymi ruchami rozprowadź podkład na twarzy, aż do uzyskania naturalnego efektu.  Źródło
H85: Pędzel wykonany z włosia syntetycznego. Służy do wykonywania kresek na powiekach jak również do modolewania brwi. Trzonek pędzla wykonany jest z naturalnego drewna.
- Całkowita długość pędzla: 16,2cm.
- Długość włosia: 0,5cm - 0,7cm.  Źródło
H51 to pędzel w moim odczuciu bardziej nadający się do podkładu niż do pudru. Jest to skunks z bardzo miłym w dotyku włosiem. Nie drapie, a wręcz mizia przyjemnie po twarzy. Wcześniej podkłady nakładałam palcami, a odkąd mam w swojej kolekcji Hakuro, używam tylko jego. Włosie jest dobrze przycięte, choć kilka włosków lekko wystawało. Przycięłam je sama i wszystko już jest w porządku. Włosie również jest bardzo zbite, dzięki czemu nakładanie podkładu jest wygodniejsze. Pędzel bardzo dobrze rozprowadza podkład, nie tworząc smug. Daje po pierwsze lepsze krycie niż palce, a po drugie podkład nim nałożony utrzymuje się znacznie dłużej. Oczywiście efekt jest też zdecydowanie bardziej naturalny i trudniej o efekt maski. Jeśli chodzi o mycie, to jest to nie lada wyzwanie. Ze względu na swoje zbite włosie musimy się trochę namachać by wymyć go dokładnie. Dodatkowo zauważyłam, że lekko się przebarwił w jednym miejscu i za nic nie mogę go domyć. Używam go codziennie od prawie dwóch miesięcy i do tej pory nie wypadł z niego ani jeden włosek. Pędzel jest jak najbardziej godny polecenia. Ja już nie wyobrażam sobie wrócić do nakładania podkładów palcami ;)
Kolejny pędzelek to H85. Używam go jedynie do podkreślania brwi. W tej roli sprawdza się bardzo dobrze. Włosie jest dobrze przycięte, dość zbite. Wygodnie się nim manewruje. Poprzednio do brwi miałam pędzelek z Essence, który służył mi dzielnie kilka lat. Jednak jego żywot już powoli się kończył, a ja znalazłam godnego następcę. Radzi sobie trochę lepiej niż Essence, z tego względu, że jest cieńszy. Łatwo jest nim podkreślić dolną linię brwi i wypełnić resztę. Bardzo się polubiliśmy. Pierze się go wygodnie, łatwo i przede wszystkim szybko. Do tej pory nie wypadł z niego ani jeden włosek, ani się też nie odkształcił. Wszystko jest dopracowane. Myślę, że jeszcze dłuuuugo mi posłuży :)

Oba pędzle dostaniecie na stronie ecobelle w bardzo przystępnych cenach. H51 tutaj za 33zł, a H85 tutaj za uwaga, 11zł ;) Jak za takie pędzle, myślę że warto się skusić ;) Zapraszam Was też na stronę, gdzie znajdziecie mnóstwo ciekawych kosmetyków w przystępnych cenach ;) (Klik w banner)
http://ecobelle.pl/


Macie pędzle Hakuro? Jakie jeszcze polecacie?

Post, który nie zawiera rutyny. Delicje od Original Source.

18 października 2014

Hej :* Tylko nie krzyczcie :( Starałam się jak mogłam, żeby coś skleić, ale wyszło jak zawsze... Strasznie nas w tym roku zawalili robotą. Nie dość, że musimy pisać pracę licencjacką, to mamy mnóstwo innych zadań na zaliczanie przedmiotów. Po prostu jakiś kosmos. Mimo to dziękuję, że nadal ze mną jesteście i dodatkowo Was przybywa :) Cieszy mnie to niezmiernie :* Dzisiaj przychodzę do Was z nierutynowym postem. O żelach pod prysznic u mnie ciężko coś znaleźć. Jakoś nie odczuwałam takiej potrzeby, bo żaden nie podbił mojego serca aż na tyle, by poświęcać mu post. Chociaż, jeden taki był, ale zdjęć oczywiście nie porobiłam. Niebawem jednak znów u mnie zawita, bo jest idealny na jesień i dam Wam o nim znać na pewno :) Ten żel jednak ze względu chyba na swoją markę znalazł tu miejsce. Żele OS kusiły mnie od dawna, ale jakoś cena mnie zniechęcała. Jestem z gatunku tych, którzy nie wydają dużo na tego typu kosmetyk, bo uważam, że jest mnóstwo ciekawych, dobrych i przede wszystkim tańszych żeli. Jednak na promocji zapłaciłam za niego chyba ok 8zł. Akurat robiłam wyprawkę na studia, więc wpadł do koszyka. Czy podbił moje serce? O tym dalej.
Żel pod prysznic Chocolate & Orange. Aromat pomarańczy i nieodgadniona tajemnica czekoladowej słodyczy czekają aż je odkryjesz! Takie delicje znajdziesz w butelce żelu pod prysznic Original Source Chocolate & Orange, który zamieni prozaiczny codzienny prysznic w chwilę relaksu do której chce się potem wracać i wracać. Zaakceptuj go lub odrzuć. Jeden z naszych czekoladowych przedstawicieli gatunku ‘Twój prysznic będzie niezapomniany’! Jego korzenie związane są z trzema tysiącami lat sztuki wykorzystywania ziaren kakaowca, miłością do cytrusów i naszym planem walki z rutyną. Tylko brać… Czekolada nie zadaje pytań. Ona zawsze zrozumie … tym bardziej kiedy pachnie niczym pewne ciasteczko. Tak! To delicja, której trudno się oprzeć! Więc om nom nom, albo … prysznic. Dieta? Długie, czekoladowe tradycje, odrobina czekoladowej tajemnicy i aromat pomarańczy. Co nam i Wam to daje? W chwili kryzysu możesz nakarmić swoje zmysły bez ryzyka kalorii. Źródło
Żel dostajemy w przyjemnej dla oka butelce 250ml. Design jak najbardziej do mnie przemawia. Naklejka nie odkleja się pod wpływem wody, nic się nie niszczy. Butelka jest przezroczysta, dzięki czemu widać ile produktu nam jeszcze zostało. Zamknięcie jest typowe na klik, co daje nam pewność, że nic nam się podczas podróży nie wyleje, a przy okazji nie upaćka wszystkiego w łazience. Zatrzask się nie wyrabia, nie psuje, nie zacina. Otwór na wydobycie żelu jest w sam raz. Nie wylewa się przez niego ani za dużo, ani za mało żelu. Choć przy tak galaretowatej konsystencji o to trudno.
Konsystencja jest właśnie jak galaretka, zbita i gęsta. Natomiast atutem tutaj jest dość intensywny i słodki zapach. Jeśli lubicie pomarańczowe delicje, to trafiliście idealnie. Zapach nie jest sztuczny, a wręcz bardzo realistyczny. Może być jednak męczący. Żel pieni się dość dobrze, choć jest słabo wydajny. A to właśnie ze względu na swoją konsystencję. Spełnia swoje podstawowe działanie, czyli dobrze myje. Nie zauważyłam wysuszenia skóry. Zapach utrzymuje się stosunkowo krótko, choć uprzyjemnia nam kąpiel rozprzestrzeniając się po całej łazience. Jednak uważam, że jak na żel za 10zł jest zbyt przeciętny. Liczyłam na coś bardziej wow, a dostałam niestety zwykłego przeciętniaka. Zdecydowanie za tą cenę lepiej kupić dwa tańsze. Ja podejrzewam, że nie sięgnę po kolejne wersje zapachowe, chyba że będą w jakiejś promocji (kiedyś widziałam chyba w Biedronce dwa za 10zł). Choć ciągle kusi mnie jeszcze m.in. malina z wanilią czy cytryna z olejkiem z drzewa herbacianego... Ale prosiłabym o niższe ceny :D
Dostępność/Cena:
Rossmann, Natura, Inne drogerie / ok. 10zł

Miałyście? Jaką wersję zapachową polecacie? A może znacie jakiś inny ciekawy żel pod prysznic?
Buziaki :*

Maybelline AffiniMat podkład matujący-02 Light Porcelain + Wyniki rozdania!

12 października 2014

Hej :* W końcu jestem. Dziś chciałam Wam coś nieco napisać w końcu o kolorówce. Post siedział w roboczych dłuuugi czas, bo miałam mieszane uczucia co do tego gagatka. Długo zastanawiałam się nad recenzją dzisiejszego bohatera. Ale po dłuższych testach, próbach i kombinacjach stwierdziłam, że najwyższa pora Wam go opisać, żeby niektórych może przestrzec. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że podkład ma zarówno zwolenników jak i przeciwników. Są też, Ci którzy są pośrodku. Ja należę niestety do grupy tej drugiej, czyli jestem zdecydowanie na nie. Jeśli jesteście ciekawi skąd takie moje podejście to zapraszam dalej.
Zacznę standardowo, czyli od tego co obiecuje nam producent: Formuła podkładu zawiera składniki działające niczym "mikrogąbeczki" dla perfekcyjnego, naturalnego i matowego wykończenia makijażu. EFEKT: Matowa, w 100 % naturalnie wyglądająca skóra. Perfekcyjne wykończenie makijażu DZIAŁANIE: Efekt matowej skóry osiągany dzięki technologii miliona „mikrogąbeczek” absorbujących nadmiar sebum ze skóry; Idealnie stapia się z odcieniem oraz strukturą skóry, zapewniając perfekcyjne i matowe wykończenie makijażu; Ultralekka formuła pozwala na równomierne pokrycie skóry Źródło1; Źródło 2
Podkład otrzymujemy w tubce z całkiem przyjemnym designem jak na markę przystało. Zastanawia mnie jedynie fakt, iż na stronie producenta zakrętka jest srebrna, natomiast wersja już sklepowa jest kremowo-musztardowa. Ale nie mi to rozstrzygać dlaczego tak. Tubka przyjemnie się prezentuje, napisy się nie ścierają. Niestety w tym wypadku tubka to złe rozwiązanie. Przydała by się zdecydowanie pompka, ze względu na konsystencję podkładu. A ta jest wręcz wodnista. Powoduje często ubrudzenie zakrętki i wszystkiego wokoło. W związku z tym nie jest niestety wydajny. Mi po niecałych trzech tygodniach stosowania zostało troszkę mniej niż pół opakowania. Na stronie Maybelline widnieje aż osiem odcieni, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ja jednak w Rossmannie spotkałam się chyba tylko z czterema odcieniami. W każdym razie były te jasne, więc się skusiłam. Pierwszy raz od dawna wzięłam coś w ciemno, choć kiedyś obiło mi się coś tam o uszy o jego bracie Affinitone, który jest całkiem niezły. Pomyślałam, że wezmę i spróbuję.
Mój kolor jest najjaśniejszy, 02 Light Porcelain. Byłam pod wrażeniem, bo jest faktycznie jasny. Osoby o urodzie Śnieżki niestety będą niezadowolonej, jednak pozostała większość bladolicych już tak. Kolor ma lekko żółte podtony, ale na twarzy tego już tak nie widać. Pierwsze co rzuca się przy nakładaniu podkładu, to paskudny alkoholowy smrodek. Wyczuwalny jest tylko przez chwilę po aplikacji, jednak może być drażniący. W związku z tym, może wysuszać, więc tym z Was, które mają suchą cerę, odradzam. Jak już pisałam odcień fajnie stapia się z cerą nie tworząc efektu maski. Krycie jest słabe, wręcz bardzo. Całe szczęście można je stopniować dokładając kolejne warstwy. Na zakrycie blizn potrądzikowych czy większych niespodzianek nie ma co liczyć. Fajne jednak jest to, że podkład delikatnie matuje, więc użycie pudru jest zbędne przynajmniej przez kilka godzin. Podkład trzyma się dzielnie na twarzy przez około 7-8 godzin. Potem lekko znika, ale nie tworzy plam czy pustych placków. Ja byłam z niego całkiem zadowolona, do czasu. Po zużyciu niecałej połowy zaczęło mi się dziać coś z cerą. Moja buźka reagowała coraz bardziej na nie, wysypem nowych niespodzianek. Zazwyczaj były one niewielkie, jednak zdarzyły się ze dwie większe podskórne gule. Z początku winę zwalałam na nową serię Ziaji Liście manuka z tego względu, że oba produkty zaczęłam używać w podobnym czasie, a i czytałam że nowa seria Ziai może uczulać.. Jednak gdy odstawiłam oba produkty, cera nieco się uspokoiła. Któryś więc z tych produktów zawinił. Nałożyłam więc po przerwie Affinimat i co? Znów mnóstwo krostek... Po całkowitym odstawieniu tego podkładu moja cera powolutku wraca do normy. Wiem jednak, że będę się bała użyć jakiegokolwiek innego podkładu z Maybelline, bo może mnie też uczulić... :(

Dostępność/Cena:
Rossmann / 27,99 zł (ja zapłaciłam za niego w promocji ok. 18 zł)

Na koniec wrzucam wyniki rozdania z Pilomaxem. Zgłosiło się Was całkiem sporo, co bardzo mnie cieszy. Jednak nie ja wybierałam zwycięzcę, tylko maszyna losująca, żeby było sprawiedliwie :) Przechodzę jednak do rzeczy. Zestaw do włosów marki Pilomax wygrywa....
Gratulacje ;) Odezwij się do mnie na meila. Czekam najpóźniej do wtorku wieczorem. I to by było dzisiaj na tyle :) Trzymajcie się ciepło :)

Garnier Ultra Doux. Szampon z olejkiem z awokado i masłem karite.

7 października 2014

Hej :* Jestem, jestem. Opierdzielam się, niestety, ale zdaję sobie z tego sprawę. Sami jednak rozumiecie, zaczął się rok akademicki. W moim przypadku jest to już ostatni rok na licencjacie, więc muszę się wziąć do roboty. Pisanie pracy, a do tego zajęcia, które mamy samodzielnie przeprowadzać w jakiś ośrodkach.. Kosmos. Najważniejsze jest jednak, że udało mi się dostać do promotora, którego od początku chciałam wybrać. U innych z tego co wiem była niezła jatka, bo ilość miejsc była ograniczona. Całe szczęście udało się i mój licencjat będzie w dobrych rękach :) Ale nie przynudzam, tylko zapraszam Was na recenzję szamponu, który kupiłam na wyprawkę tu na stancję, a który oczywiście zaczęłam używać już wcześniej, bo nie mogłam się powstrzymać. Ciekawi jesteście czy podbił moje serce na tyle, bym do niego wracała? Zapraszam dalej :)
Standardowo, kilka słów od producenta: Pragniesz szamponu, który intensywnie odżywi i uelastyczni Twoje zniszczone i suche włosy? Odkryj szampon Garnier Ultra DOUX olejek z awokado i masłem karité stworzony z myślą o włosach zniszczonych. Szampon Ultra DOUX z olejkiem z awokado i masłem karité , jest wzbogacony w olejek z awokado , znany z właściwości uelastyczniająych oraz masło karité , o cechach wysoce odżywczych. Szampon ma gładką i kremową konsystencję, która nie obciąża włosów. 
Szampon otrzymujemy w dużej, bo aż 400 ml butelce z całkiem przyjemnym dla oka designem. Mi się on bardzo spodobał i gdyby nie fakt, że wiedziałam konkretnie po co idę, tak czy siak zwróciła bym na niego uwagę. Naklejka na szamponie się nie odkleja nawet pod wpływem wody. Jedynym minusem w tym wszystkim może być fakt wielkiego wręcz otworu, przez który wydobędziemy szampon. Niestety szamponu wylewa się stanowczo za dużo, przez co jego część się marnuje. Konsystencja nie jest ani mocno gęsta, ani też wodnista. Tak gdzieś po środku. Zapach jest przyjemny, taki ciepły, otulający, słodki po prostu. Utrzymuje się na włosach dość długo i chwała mu za to. Dzięki temu moje włosy uzyskują piękny zapach. Pieni się też bardzo dobrze.
Ale nie czarujmy się, bo poza opakowaniem i całą resztą, najważniejsze jest działanie. Byłam bardzo ciekawa tego szamponu, tym bardziej, że odżywka z tej serii zbiera mnóstwo pochwał. Przyznaję się też bez bicia, że po pierwszym umyciu (bez wcześniejszego olejowania i innych cudów) nie użyłam odżywki. Chciałam sprawdzić po prostu działanie samego szamponu. I byłam bardzo mile zaskoczona. Włosy były miękkie, dociążone i mniej wysuszone niż zwykle po użyciu innego szamponu. Po prostu bajka. Oczywiście nie był to idealny wygląd włosów, jaki bym chciała (ale nie czarujmy się, sam szampon nam tego nie zapewni), niemniej jednak wyglądały one jak po użyciu średniej odżywki nawilżającej. Pierwszy raz spotkałam się z szamponem, który daje od razu efekt jak z odżywką. Dodatkowo w połączeniu z olejowaniem (olej nakładam co jakiś czas, nie przed każdym myciem) oraz nawilżającą odżywką włosy wyglądają na takie, które są w całkiem niezłej kondycji. Ba, odkąd używam tego szamponu, dostaję mnóstwo komplementów na temat włosów. Tak więc coś w tym musi być :) Ja osobiście mogę śmiało polecić ten szampon, choć jest on średnio wydajny. Nie uczulił mnie, nie zrobił krzywdy a wręcz pomógł ujarzmić moje włosy.
Pomijam oczywiście fakt, że tytułowy olejek z awokado i masło karite są gdzieś pod koniec składu, niemniej jednak szampon działa i z checią będę do niego wracała.
Dostępność/Cena:
Rossmann, Drogerie Natura / ok 10 zł

Miałyście? Polecacie jeszcze coś do włosów z Garniera bądź innej firmy? (Obiecuję, że postaram się spiąć i pisać regularnie, choć nie tak często jak do tej pory) Buziaki :*

Pilomax. Szampon i odżywka do włosów jasnych Wax Daily.

29 września 2014

Hej :* W końcu ogarnęłam się w nowym mieszkaniu, w pokoju wszystko poprzestawiałam po swojemu i myślę, że jest już całkiem całkiem. Współlokatorzy też są sympatyczni, więc mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej. Aktualnie wróciłam do domu, bo nie było sensu siedzieć samej w Zielonej do środy.. Ale jutro po południu znowu wracam do ZG. Dodatkowo wczoraj za sprawą mojego N. do mojej kosmetyczki wpadły dwa nowe pędzle z Sense&Body. Oba są takie same, ale jeden przyda się do różu a drugi do bronzera. Są mięciutkie, ładne i za chwilę pójdą w ruch :) A poza tym, dziś dotarła do mnie paczka w ramach Akademii Zmysłów L'Occitane. Dopiero dołączyłam do tej akcji, która pierwotnie miała trwać 12 miesięcy, jednak jest przedłużona na czas nieokreślony. Co miesiąc będzie do mnie przychodziło pudełeczko z zawartością kilku kosmetyków ze składnikiem miesiąca. Ale więcej poczytacie za niecały miesiąc jak trochę potestuję zawartość na październik. A tymczasem, zapraszam Was na ostatni post z Pilomaxem...
Odżywka bez spłukiwania do włosów jasnych WAX Daily Mist
SKŁADNIKI: PANTENOL, WITAMINA E
DZIAŁANIE: Odżywka nawilża włosy i ułatwia czesanie. Zmniejsza skłonność do rozdwajania końcówek . Poprawia stan uszkodzonych włosów i je pogrubia. Łagodzi podrażnienia skóry głowy spowodowane zanieczyszczeniem środowiska i zabiegami fryzjerskimi. Formuła bez spłukiwania powoduje, że włosy mają na sobie warstwę chroniącą przed działaniem zanieczyszczonego środowiska i suszeniem gorącym powietrzem.
Szampon do codziennej pielęgnacji do włosów jasnych WAX Daily
SKŁADNIKI: WIERZBA BIAŁA, POKRZYWA, PANTENOL
DZIAŁANIE: Szampon do codziennego mycia skóry głowy i włosów – myje delikatnie i skutecznie. Nadaje gładkość i połysk włosom oraz chroni jasny kolor. Kondycjonuje włosy i skórę głowy.
Odżywkę otrzymujemy w małej, 100ml buteleczce z wygodnym psikadełkiem. Pompka się nie zacina, dozuje odpowiednią ilość produktu. Niestety buteleczka nie jest przezroczysta, więc nie widzimy ile produktu nam jeszcze zostało. Nalepka się nie odkleja, napisy się nie ścierają. Szampon natomiast dostajemy w butelce o standardowej pojemności 250ml. Tutaj jest już nieco wygodniej, ponieważ opakowanie jest przezroczyste i widać ile produktu nam zostało. Tutaj tak samo napisy się nie ścierają a nalepka nie odkleja. Sposób aplikacji jest tak samo niewygodny jak w innych szamponach. Dlatego ja zawsze odkręcałam całą górę i wówczas było całkiem wygodnie.
Odżywka fajnie się dozuje, jeśli przesadzimy z ilością, może obciążyć. Pachnie przyjemnie, delikatnie. Szampon natomiast jest gęsty, przezroczysty i dzięki SLeS bardzo dobrze się pieni, co czyni go dość wydajnym. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest działanie. Odżywka jest całkiem przyzwoita. Na moich wymagających dużego nawilżenia włosach nie robi szału, jednak nawilżenie jako takie jest. Natomiast moja siostra jest z niej całkiem zadowolona. Ale to tylko dlatego, że nie ma przesuszonych włosów, tylko w miarę normalne. Jeśli więc potrzebujecie lekkiego nawilżenia, możecie śmiało ją wypróbować. Natomiast jeśli macie bardziej wymagające włosy, może niestety okazać się za lekka. Szampon dokładnie zmywa oleje, domywa bardzo dobrze wszelkie zanieczyszczenia z włosów. Niestety po zużyciu połowy butelki, musiałam go odstawić. Dlaczego? A no dlatego, że zaczął mnie strasznie swędzieć po nim skalp. Nie mam bladego pojęcia dlaczego, może wystąpiła jakaś reakcja alergiczna. Gdyby nie ten fakt, szampon zużyła bym do końca z przyjemnością bo okazał się fajnym czyścikiem.
Jak widzicie, ten duet jest całkiem przyzwoity, ale szału też nie robi. Jeśli macie średnio wymagające włosy, mogę polecić. Ale musicie też uważać, jeśli występują u Was reakcje alergiczne. Czytajcie składy i unikajcie tego co wiecie, że zrobi Wam krzywdę. ;P Ja niestety nie mam pojęcia co na mnie tak wpłynęło...
Dostępność/Cena:
Klik / 20,50 zł (szampon) ; 12,50 zł (odżywka)

Corine de Farme HBV, krem pod oczy w pędzelku. Moja walka z cieniami pod oczami.

24 września 2014

Hej :* Dziś przychodzę do Was z postem pielęgnacyjnym. Wiem, że nie przepadacie za tym, jednak uznałam, że należy mu się osobny wpis na blogu. Mowa o kremie pod oczy firmy Corine de Farme. Krem dostałam na spotkaniu blogerek ponad miesiąc temu i od tamtej pory używam go codziennie wieczorem przed snem. Jeśli chodzi o systematyczność, to jest u mnie z tym ciężko, jednak w tym przypadku o dziwo trzymałam się dzielnie. Codziennie używałam tego malucha po to, by sprawdzić czy faktycznie działa. Widziałam postępujące efekty, co motywowało mnie jeszcze bardziej. Ale czy do końca mnie zadowolił? O tym przeczytacie dalej.
Krem rozjaśnia cienie pod oczami i likwiduje oznaki zmęczenia. Przeznaczony jest do wszystkich rodzajów skóry. Specjalnie opracowana formuła z udowodnioną skutecznością i w innowacyjnym opakowaniu z pędzelkiem. Formuła produktu zawiera starannie wyselekcjonowane składniki zapewniające skuteczne działanie: 
-kora jesionu zawierająca związki organiczne chroniące naczynia krwionośne i zapobiegające powstawaniu cieni pod oczami
-krzem organiczny wzmacniający strukturę naczyń krwionośnych i witaminę B3 poprawiającą mikrokrążenie
-ekstrakt z borówki zmniejszający opuchliznę pod oczami i oznaki zmęczenia
Krem otrzymujemy w papierowym kartoniku. Ja od razu po zrobieniu zdjęć się go pozbyłam. Nie lubię trzymać takich rzeczy, bo tylko zajmują niepotrzebnie miejsce. Już na spotkaniu po otworzeniu prezentów przykuł on moją uwagę. Różowy kolor lubię, nie przeczę, więc tym bardziej mi się spodobał. Po otworzeniu ukazuje nam się również różowa tubka z białą nakrętką zamykaną na klik. Podoba mi się takie rozwiązanie. Cały design według mnie jest ciekawy, nie przesadzony. Tubka jest lekko giętka, jednak przez sposób aplikacji może być problem z wydobyciem resztek kremu. Po otwarciu zakrętki naszym oczom ukazuje się... pędzelek. Pierwszy raz mam do czynienia z takim rozwiązaniem, ale przyznam, że jest ono ciekawe i wygodne. Włosie jest całkiem miękkie, co dodatkowo uprzyjemnia aplikację. Lubię się nim miziać pod oczami :D Musimy jednak uważać, gdyż jak kremu jest coraz mniej, to może on 'strzelać zamiast powoli się wylewać. Raz strzeliłam tak sobie do oka... To taki jeden mały minus, przed którym przestrzegam. Dodatkowo po każdorazowym użyciu musimy pędzelek umyć wodą z mydłem, co zapewnia nam zachowanie czystości.
Krem nie jest ani gęsty, ani szczególnie lejący. Konsystencja jest taka w sam raz. Zapach jest delikatny, ale perfumowany. Nie rzuca się on bardzo w nos, więc wrażliwce mogą być spokojne :) Wchłania się dość szybko, jednak nie nada się pod makijaż, gdyż zostawia lekki film. Na noc będzie idealny. Rano obudzimy się z fajnie nawilżonymi okolicami oczu. Do kremu podchodziłam bardzo sceptycznie, bo w cuda nie wierzę. Jednak o dziwo, bardzo się polubiliśmy. Moje cienie pod oczami ostatnio bardzo się powiększyły. Nigdy nie miałam z tym większych problemów, jednak niedawno zaczęło mnie to zastanawiać. Dlatego z tym większym entuzjazmem podeszłam do tego kremu. I nie zawiodłam się. Nie możemy liczyć na to, że cienie znikną całkowicie. Ale po regularnym cowieczornym używaniu zauważyłam, że są one zdecydowanie mniejsze. Nie są już aż tak widoczne, choć nadal są. Nie używałam nic innego przez ten czas, tak więc wiem, że to zasługa tego maluszka. Wpisał się on do moich ulubieńców. Nie zredukuje nam on też oznak zmęczenia w stu procentach, choć są one też mniej widoczne. Po codziennym używaniu przez ponad miesiąc, kremu zostało mi troszkę mniej niż pół, więc jest całkiem wydajny. Cena też nie jest jakoś szczególnie wygórowana, biorąc pod uwagę działanie. Polecam Wam, jeśli macie problem z cieniami. Nie liczcie na całkowitą ich likwidację, jednak ich zmniejszenie a i owszem :)
Dostępność/Cena:
Klik / 29,20 zł

Miałyście? Może polecacie jakiś inny, ciekawy krem pod oczy, który zniweluje cienie pod oczami?

Przypominam Wam również o trwającym jeszcze tydzień rozdaniu ;) (Więcej informacji po kliknięciu w baner ;))
http://angietrucco.blogspot.com/2014/08/rozdanie-wygraj-zestaw-kosmetykow-do.html

Lakiery do paznokci One! Colour Pro 138, 588 i 337.

30 sierpnia 2014

Hej Rybki :*
Dziś przychodzę do Was z postem, nad którym dość mocno się zastanawiałam. Niemniej jednak z umowy wywiązać się muszę, więc post tak czy siak musiał się pojawić. Lakiery, które dzisiaj zaprezentuję zbierają różne opinie. Zarówno te lepsze, jak i gorsze. Ja lakiery postaram się opisać tak, jak ja to widzę i jak spisały się u mnie. Każdy z nich jest bardzo podobny, więc stwierdziłam, że nie ma się co rozdrabniać na trzy posty. Wszystko postaram się umieścić tutaj. Miodu oczywiście nie będzie..
Buteleczki prezentują się całkiem fajnie. Szklane, podłużne ze srebrnymi napisami. Jedyne co bym tu pominęła to nalepkę z logo, która minimalnie psuje design. Niemniej można ją śmiało odkleić. Jak przyszły do mnie te maluszki, byłam bardzo zaciekawiona. Na pierwszy rzut oka bardzo mi się spodobały. Wszystkie lakiery z tej serii wyglądają identycznie, różnią się tylko kolorem. Napisy po pewnym czasie minimalnie się ścierają. Ale to nie kwestia wyglądu jest tu najważniejsza..
Pędzelek w każdym przypadku jest taki sam. Równo ścięty, dość spory, lekko spłaszczony. Pozwala na równomierne rozłożenie lakieru na płytce. Nie rozlewa go na skórki, jest wygodny w użytkowaniu. Nawet ja, osoba z obecnie krótką płytką dała sobie radę. Więc myślę, że nie ma się co przyczepić.
Kolor 138 to matowa czerwień, z lekką nutą bordo. Kryje już przy drugiej warstwie. Schnie dość szybko, nie smuży, nie bąbluje. Trzyma się do max. dwóch dni po czym ściera się na końcówkach. Jest chyba najlepszy pod względem właściwości z całej trójki.. Kolor 588 to mocny, neonowy, aczkolwiek matowy pomarańcz. Kryje przy trzech cienkich warstwach. Schnie całkiem przyzwoicie. Jednak trwałość pozostawia wiele do życzenia. Na drugi dzień po pomalowaniu zaczyna odpryskiwać... Liczyłam na lepszą trwałość, tym bardziej, że kolor mocno mi się spodobał i jest bardzo widoczny. Ma jednak tendencję do lekkiego odbarwiania płytki i skórek. Kolor 337 to już całkowita porażka. W buteleczce piękny, wręcz idealny nudziak. Jednak w praktyce nawet nie sprawdzałam przy ilu warstwach kryje całkowicie. Wymiękłam przy czwartej... I tak krycie było bardzo słabe. Nie tego oczekiwałam. Ale myślałam, że po dwóch warstwach go zostawię, bo fajnie rozbielał paznokcie i nadawał im mleczny, delikatny kolor. Jednak na drugi dzień odpryskiwał płatami... Żaden z tych lakierów nie przypadł mi do gustu. Liczyłam na więcej...
Dostępność/Cena:
138, 588, 337 / 6,90 zł
Miałyście? Polecacie inne kolory?

Odżywka do paznokci Eveline 8w1. Kontrowersja po raz kolejny...

26 sierpnia 2014

Hej Misie ;*
Dzisiaj przychodzę do Was z postem dość kontrowersyjnym. Jakiś czas temu pisałam o odżywce Eveline, jednak post został skasowany. Dlaczego? Wtedy po odstawieniu kuracji po około miesiącu paznokcie były w stanie idealnym. Postanowiłam więc napisać recenzję. Jak tylko post się pojawił, moje paznokcie się zbuntowały. Ale w jaki sposób? O tym dalej.
Rewolucyjna i unikalna formuła z aktywnym kompleksem Strong Nail (tytan i diament) wnika w strukturę płytki, dzięki czemu skutecznie ją regeneruje i odbudowuje. Uszczelnia, maksymalnie utwardza oraz pobudza wzrost płytki paznokciowej. Uelastycznia ją, zwiększając odporność na uszkodzenia mechaniczne. Zabezpiecza przed pękaniem, łamaniem i rozdwajaniem. Sprawia, że zniszczone, matowe paznokcie odzyskują gładką powierzchnię i lśniący połysk. Już po 10 dniach kuracji znikną wszelkie problemy, a Ty będziesz się cieszyć pięknymi i zadbanymi paznokciami. Uwaga: Zawiera 2% formaldehydu. Przed użyciem należy zabezpieczyć skórki oliwką lub kremem, a przed rozpoczęciem kuracji wykonać próbę uczuleniową (przetestować w ciągu 2-3 dni, w przypadku reakcji alergicznej, pieczenia lub bólu przerwać kurację).  Źródło
Odżywkę dostajemy w dość solidnej buteleczce, która dodatkowo zamknięta jest w kartoniku. Dołączona jest także ulotka. Kartonik sam w sobie nie przekonał mnie i gdyby nie opinie, nie wiem czy bym na niego zwróciła uwagę. Natomiast buteleczka prezentuje się już bardziej profesjonalnie. Mimo to, napisy lekko się ścierają. Pędzelek jest prosto ścięty, rozmiarowo też jest w porządku. Pokrywa dokładnie całą płytkę paznokcia, nie rozlewa odżywki na skórki. Nie mam się do czego tutaj przyczepić. Musicie jednak uważać, gdyż odżywka nie każdemu pomoże, a może wręcz zaszkodzić. Zawiera bowiem ona formaldehyd, który jest mocno szkodliwy. Jeśli coś będzie się Wam działo, natychmiast musicie ją odstawić. Ale najważniejsze jest działanie.
Odżywkę należy stosować z tego co pamiętam ok. 6 tygodni. Przez cztery dni dokładamy codziennie nową warstwę, po czym zmywamy i zaczynamy od nowa. Czasem ciężko było mi zapamiętać, który to dzień i czy nie należy już jej zmywać. Odżywka dawała piękny, mleczny kolor. Paznokcie dzięki temu wyglądały bardzo estetycznie i schludnie. Przez cały okres kuracji paznokcie rosły mi bardzo mocne, nie rozdwajały się, nie łamały. Byłam z tego faktu mocno zadowolona, ponieważ nigdy nie mogłam ich zapuścić. Po skończeniu kuracji, odżywki używałam już tylko jako bazy pod lakier kolorowy dla podtrzymania efektu. Przez miesiąc po skończeniu faktycznie wszystko było w porządku. Potem połamał mi się pierwszy paznokieć. Szkoda mi ich było, więc ten jeden zapuszczałam bardzo sumiennie by znów dorównał reszcie. Po jakimś czasie łamały się kolejne. Tak doszło do tego, że przy czwartym złamanym, musiałam skrócić wszystkie. Jak widać, podczas kuracji wszystko było w porządku, natomiast potem było już tylko gorzej... Paznokcie znów mi się rozdwajają, łamią i są słabe. Szkoda, bo pokładałam w niej wielkie nadzieje...
Skład:
Butyl Acetate, Ethyl Acetate, Nirtocellulose, Phthalic Anhydride / Trimellitic Anhydride / Glycols Copolymer, Acetyl Tributyl Citrate, Isopropyl Alcohol, Aqua, Fomaldehyde (2%), Acetyl Triethyl Citrate, Stearalkonium Hectorite, Adipic Acid / Fumaric Acid / Phthalic Acid/ Tricyclodecane Dimethanol Copolymer, CI77891, N-Butyl Alcohol, Citric Acid, Diamond Powder.

Dostępność/Cena:
Rossmann / ok. 11 zł