.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty

Krem do twarzy z Witaminą C. Eco receptura Starej Mydlarni.

6 czerwca 2015

Hej :* Dziś wpadam do Was z recenzją kremu do twarzy ze stajni Starej Mydlarni. Firmę lubię, ze względu na dobrej jakości niedrogie produkty. Tym razem skusiłam się na odżywkę z witaminą C, o której mogliście przeczytać Tutaj. Okazała się ona moim wielkim hitem i zapewne jak ją wykończę, wrócę kiedyś do niej. Na takie same efekty wow liczyłam w przypadku kremu, o którym dzisiaj chciałam Wam napisać. Co prawda jest on przeciwzmarszczkowy, ale również nawilżający. Ostatnio moja cera wołała o pomstę i mocno się przesuszała. Mimo mojej mieszanej/tłustej cery nawilżenie również jest wskazane, a tym bardziej w ostatnim czasie. Pokładałam wielkie nadzieje w tym kremie... A czy faktycznie okazał się tak dobry jak oczekiwałam? Po to zapraszam do laszej lektury ;)
 
Lekki i aksamitny krem przeciwzmarszczkowy, rozświetlający i nawilżający na bazie surowców naturalnych - masła shea, oleju z pestek winogron, soku z aloesu, ekstraktu z zielonej herbaty, alantoiny, wit. C oraz E. Optymalnie nawilża skórę, zabezpieczając przed utratą wody. Doskonale ujędrnia skórę, wygładza zmarszczki, neutralizuje wolne rodniki, opóźniając proces starzenia się skóry. Witamina C delikatnie rozjaśnia przebarwienia i rozświetla. Pojemność 50 ml
Składniki aktywne:
• WITAMINA C  • OLEJ Z PESTEK WINOGRON • XERADIN • MASŁO SHEA / karite • SOK Z ALOESU • EKSTRAKT Z ZIELONEJ HERBATY • GLICERYNA ROŚLINNA • WITAMINA E • WITAMINA B5 / d-panthenol • ALANTOINA     Źródło
Krem dostajemy zapakowany w buteleczkę z pompką. Takie rozwiązanie bardzo mi się podoba, ze względu na aspekty higieniczne. Nie musimy się babrać palcami w kremie, jednocześnie wpuszczając mnóstwo bakterii. Pompka nie zacięła mi się ani razu. Szata graficzna również przypadła mi do gustu. Delikatna, nienachalna, jak zresztą większość produktów SM. Nie zauważyłam by działo się z nim coś złego. Dodatkowo pompka zabezpieczona jest plastikową nakrętką. W kwestiach technicznych nie mam się do czego przyczepić.
Natomiast najważniejsze jest tutaj działanie. Krem jest biały, gęsty, pachnie nieco cytrynowo, podobnie do odżywki. Wydaje mi się, że cała seria z witaminą c tak pachnie. Przy nakładaniu go na twarz należy zwrócić szczególną uwagę, by nie nałożyć go zbyt dużo. Po kontakcie ze skórą staje się jakby lżejszy i naprawdę wystarczy niewielka ilość na pokrycie całej buźki. Co za tym idzie, wydajność mocno zyskuje. Wchłania się średnio, pozostawiając po sobie delikatne uczucie warstwy ochronnej. Lepiej używać go na noc, wówczas całość spokojnie się wchłonie. Pod makijaż może być gorzej. A co do jego nawilżenia, tutaj jest nieźle. Nawet bardzo. Moja sucha skóra bardzo odżyła, stała się dobrze nawilżona. Nawet po odstawieniu przej jakiś czas była w dobrej kondycji. Niestety... Już myślałam, że będzie z tego ogromna miłość, a tu klops. Krem mnie zapychał. Nie od razu oczywiście. Przy dłuższym używaniu zauważyłam coraz częstszy wysyp nieprzyjaciół. Powiązałam to początkowo z podkładem, jednak po odstawieniu kremu problem zniknął. Tak więc jak najbardziej polecam osobom, które nie mają tendencji do zapychania. Ja niestety musiałam go odstawić... :( Szkoda, wielka szkoda bo nawilżenie jest genialne...
Wrzucam dodatkowo skład, ponieważ na stronie Starej Mydlarni nie znajdziecie go w takiej postaci. Są tylko wypisane konkretne składniki aktywne i nic poza tym. Szczerze polecam, ale tylko gdy nie macie problemu z zapychaniem. Krem uważam za dobry, aczkolwiek nie dla każdego. A co do właściwości przeciwzmarszczkowych nie jestem w stanie się wypowiedzieć :P
Dostępność/Cena:
Klik / 39 zł (50ml)

Miałyście go? A może polecicie mi jakiś dobry nawilżający krem, który nie zapycha? :)
(P.s. Może mnie teraz przez jakiś czas nie być... W tym tygodniu mam dwa egzaminy, a potem jedziemy na weekend do Paryża. Postaram się w międzyczasie coś wrzucić, ale nie obiecuję. Możecie na bieżąco śledzić mnie na instagramie :))

Pielęgnacja twarzy z Yasmeen. Glinka zielona Nacomi oraz krem przeciwtrądzikowy Himalaya.

26 stycznia 2015

Hej :) Na początku przesyłam ogrooomnego buziaka mojej czytelniczce ;* Miło wiedzieć, że ktoś mnie rozpoznaje :P Cieszę się, że tu jesteś i mam nadzieję, że będziesz jeszcze dłuuugo. Szkoda, że nie było więcej czasu, żeby porozmawiać ale okoliczności nie sprzyjały :D W każdym razie cieszę się Kochani, że jest tu Was coraz więcej i ktoś korzysta z tego co staram się Wam przekazać. A dzisiaj wpadam do Was z podwójną recenzją. Tym razem nieco pielęgnacji. Posiadaczki cery mieszanej/tłustej, trądzikowej i z rozszerzonymi porami znają ten ból, gdy usilnie szuka się czegoś co pomoże. Po pierwsze trzeba zlikwidować nieprzyjaciół, po drugie ograniczyć wydzielanie sebum i po trzecie zmniejszyć widoczność porów. Zazwyczaj jest to walka z wiatrakami... Niemniej trafią się kosmetyki, które chociaż w pewien sposób nam pomogą. I o tym chciałam Wam dzisiaj troszkę popisać. Na tapetę rzucam dwa produkty. Pierwszy to kultowa glinka zielona, a drugi to krem przeciwtrądzikowy. Myślę, że czasem warto poruszyć ten drażliwy temat :P Zapraszam więc do lektury ;)
Nacomi Glinka Zielona 100 g
Glinkę zieloną można ją stosować w leczeniu cery łojotokowej i trądziku, bo odkaża i wzmacnia. Dobrze wchłania zanieczyszczenia i wygładza naskórek, delikatnie go złuszczając. Zmniejsza zmarszczki i zapobiega ich powstawaniu. Koi drobne skaleczenia, lekkie oparzenia i ugryzienia komarów.
Ma właściwości dezynfekujące, absorpcyjne, gojące i odżywcze. Lecznicze i pielęgnacyjne właściwości tej glinki oparte są na zasadzie fizycznej absorpcji substancji szkodliwych, a także chemicznej absorpcji wody. Stosowanie na skórę glinki zielonej ma działanie wychwytujące toksyny zgromadzone na jej powierzchni i jednocześnie odżywiają ją.Glinkę zieloną można stosować w leczeniu cery łojotokowej i trądziku, bo odkaża i wzmacnia. Dobrze wchłania zanieczyszczenia i wygładza naskórek, delikatnie go złuszczając. Zmniejsza zmarszczki i zapobiega ich powstawaniu.  Źródło

Himalaya Clarina krem – trądzik i wypryski
Charakterystyka:
Dzięki składnikom o właściwościach antybakteryjnych i przeciwzapalnych pomaga zwalczać infekcję towarzyszącą powstawaniu wykwitów trądzikowych.
Sposób użycia:
Nakładać miejscowo 2 razy dziennie, na dokładnie oczyszczoną skórę.
Przechowywać w suchym i chłodnym miejscu. Chronić przed słońcem. Nie trzymać w lodówce. Źródło
Zacznijmy od glinki, czyli kosmetyku na który liczyłam najbardziej. Zamknięta jest w okrągłym słoiczku z dodatkowym, ochronnym plastikiem. Pozwala on nam kontrolować fakt wydostawania się glinki na zewnątrz. Bardzo dobrze spełnia swoje zadanie. Glinka podczas transportu nie wysypuje się, ani nic złego się z nią nie dzieje. Nalepka się nie odkleja, napisy nie ścierają. Tutaj ogólnie wszystko na plus.
Glinka jest zielonkawa (jak na ten typ glinki przystało). Jest stuprocentowa, bez różnych dziwnych dodatków. Zapach jest ledwo wyczuwalny, i tylko wtedy gdy przyłożymy nos do glinki. Poza tym musimy uważać, bo jak to glinka mocno pyli... 
A jeśli chodzi o działanie... Zauważyłam, że moje pory są mniej widoczne. Zawsze miałam z nimi problem, a dzięki glince są zdecydowanie mniejsze. Minimalnie zmniejszyło się u mnie również wydzielanie sebum co też jest na plus. Poza tym ciężko było mi coś konkretniej dostrzec, ze względu na mój brak regularności...  Ale glinka jest szalenie wydajna, więc myślę, że na dłuższą metę się polubimy ;)
Krem dostajemy zapakowany w kartonik. Po otwarciu mamy tubkę z nakrętką.Ta dokręca się bardzo dobrze, jest szczelna. Szata graficzna średnio przypadła mi do gustu, ale tylko z tego względu że wygląda nieco aptecznie. Napisy się nie ścierają, nic się nie niszczy. Krem jest lekko zbity, ale nakłada się bardzo wygodnie. Co najważniejsze, zasycha. Dzięki temu wieczorem mogę go nałożyć i wiem, że nie ubrudzę pościeli. Zapach jest tutaj jednak chyba największym minusem. Mi osobiście aż tak nie przeszkadza, ale wiem, że wrażliwym nosom już tak. Jest to zapach przyprawy magi. Taki specyficzny. Wyczuwalny jest przez pewien czas.
Tutaj w używaniu byłam nieco bardziej regularna. Zauważyłam przede wszystkim szybsze gojenie się niespodzianek. Oczywiście tych "świeżych" nieprzyjaciół nie dał rady, ale już na te dłuższe działał dość dobrze. Powodował, że wysuszały się w szybszym tempie, a co za tym idzie goiły się szybciej niż zawsze. Nie był to efekt błyskawiczny, ale zdecydowanie cały proces gojenia trwał krócej niż to u mnie zazwyczaj bywa. To mój taki mały pomocnik w walce z wrogiem :P

Oba produkty znajdziecie tutaj.
Glinka tutaj  18zł / 100g
Krem tutaj 12,50 / 30g

Miałyście któryś z tych produktów? Co jeszcze polecacie w walce z "wrogiem"? :)

Maść z witaminą A - kosmetyk orkiestra za jedyne 3 zł.

23 listopada 2014

Hej :* Znowu się opuściłam. Ale przynajmniej mam racjonalne wytłumaczenie :D Przyjechałam w środę po południu, po czym od razu leciałam podpisywać umowę. Udało mi się między zajęciami na kilka dni dorwać pracę dorywczą. Zawsze to coś. A w czwartek i piątek od godziny 9 do 17 oczywiście pracowałam. A wczoraj już całkiem rozłożyła mnie choroba, więc nie miałam siły kompletnie na nic, a tym bardziej na sklejenie kilku sensownych zdań do notki. Dzisiaj jest już lepiej, więc jestem. Szału nie ma, ale biorę wszystkie możliwe leki i jest w miarę okej. Choć nie odpowiadam za nieskładne zdania ;D Chciałam Wam opowiedzieć parę słów o maści, która uratowała mi buźkę. Pomogła mi w kryzysowym momencie i myślę, że kto o niej jeszcze nie słyszał, powinien jak najszybciej to zmienić. Zapraszam więc do lektury :)
Maść możemy kupić w każdej niemalże aptece za grosze. Jest mnóstwo jej rodzajów. Z tego co wiem, najlepiej sprawdza się ta z Hasco-Lek czyli ta, którą posiadam. Opakowanie jakie dostajemy to zwyczajny kartonik. W środku znajduje się tubka z maścią o pojemności 25g, czyli całkiem sporo. Uwierzcie, że ciężko jest ją zużyć do końca, chyba że ktoś używa ją do smarowania dłoni (a i tu bym się wahała). Opakowanie jest typowo apteczne, ale to normalne bo nie mamy do czynienia z kosmetykiem drogeryjnym, tylko maścią leczniczą. Napisy się nie ścierają, nic się z tubką nie dzieje. Odkręca się standardowo, choć trzeba uważać, bo jeśli za mocno ściśniemy tubkę, wtedy maść może próbować się ciągle wylewać i upaćkać nam górną część (co zresztą widać na załączonym zdjęciu). Maść jest biała, dość zbita, choć po posmarowaniu zostawia przezroczystą, tłustą powłoczkę. Pachnie cytrynowo, przyjemnie. Nie wiem natomiast jak inne firmy. Ta pachnie za sprawą dodanego aromatu cytrynowego.
Najważniejsze jednak jest działanie. Maść można nazwać maścią-orkiestrą. Ja używałam jej do dwóch celów, choć wiem, że można ją używać jako:
krem pod oczy i krem do twarzy
regenerujący krem do stóp i do dłoni
środek na popękane i zniszczone paznokcie
remedium na ślady po trądziku
ochronna pomadka do ust
maść na zajady źródło
Ja skupiłam się głównie na bardzo suchej, wręcz popękanej skórze na twarzy jaką zafundował mi żel z Ziaji liście manuka oraz na zajadach, które mam niestety co roku w porze jesienno-zimowej. Tutaj działanie maści oceniam na celujący z plusem. Sucha skóra na twarzy zagoiła się w przeciągu trzech nocy smarowania. A muszę tutaj dodać, że rozmiar tych suchych miejsc zajmował mniej więcej 2/3 całej brody... Tak więc działanie było bardzo szybkie i bardzo dobre. Smarowałam te miejsca na noc ze względu na tłustą powłokę jaką zostawia maść. Niestety nie wchłania się całkowicie, więc stosowanie na dzień odpadało. Drugie zastosowanie, to zajady. W przeciągu dwóch albo trzech dni (dokładnie nie pamiętam) pozbyłam się problemu. Wiem, że będą wracały, bo taki już mój urok, ale wtedy już na początku potraktuję je maścią i znikną jeszcze szybciej. Jest jednak jeden minus... Maść okropnie zapycha, więc nie polecam stosowania na całą twarz. Poza tym jest to świetny kosmetyk na wiele problemów.
Skład jest banalnie prosty i przede wszystkim krótki. Nie mam się do czego tutaj doczepić. Bardzo zaplusował tutaj aromat cytrynowy, dzięki czemu przyjemniej się jej używa.
Dostępność/Cena:
Każda apteka / ok. 3zł

Znacie? Polecacie tą maść na jakieś inne problemy? :)

Pomarańczowa energia zamknięta w słoiczku.

30 maja 2014

Hej Rybki :*
Plany na dzisiejszy post były nieco inne. Jednak postanowiłam wziąć się za zaległe recenzje. Dzisiaj gdy przenosiłam wszystkie pliki do jednego folderu, by ich nie stracić przy formatowaniu, trafiłam na folder ze zdjęciami do obróbki. Sporo jest tam jeszcze kosmetyków, które czekają na swoją kolejkę. M.in. były tam zdjęcia kremu, który otrzymałam na spotkaniu lubuskich blogerek w lutym. Niestety jego data ważności była tylko do końca kwietnia, więc używałam go tylko dwa miesiące. Niemniej jednak myślę, że recenzję śmiało mogę mu wystawić. Dość sporo się o nim dowiedziałam przez ten czas. A czy przypadł mi do gustu? O tym dalej.
Na początek, coś od producenta:  (Źródło)
Doskonały krem opracowany na bazie wody z kwiatu pomarańczy, która z łatwością przenika w głąb komórek skóry, przywracając jej równowagę. Działa lekko ściągająco, rozjaśnia i tonizuje skórę. Orzeźwiający zapach kwiatu pomarańczy działa stymulująco na umysł. Olejki z migdałów, jojoba i shea doskonale nawilżają, odżywiają i chronią skórę nie pozostawiając uczucia ociężałości. Wyciąg z rumianku dodaje uspokajająco- łagodzące funkcje. Ten aksamitny krem jest idealnym wyborem na świeżą dawkę energii każdego dnia!

Gdy go dostałam, od razu wpadło mi w oko bardzo ciekawe opakowanie. Szklany, dość ciężki, ale mały słoiczek. Do tego doczepiona na sznurku ulotka. Takie najdrobniejsze szczegóły naprawdę zrobiły całość. Nie czekałam długo i wzięłam się za testowanie. Nalepka się nie zerwała, napisy nie pościerały. Wszystko na tip top. Dodatkowo grube, ciemne szkło sprawia wrażenie nieco aptecznego, ale zarazem ciekawego designu. Po otwarciu nasz nos uderza od razu mocny zapach pomarańczy i mandarynek. Zapach ten jest obłędny. Z przyjemnością zużywałam ten krem.
Konsystencja kremu jest dość zbita, ale po nabraniu na dłoń staje się lekka. Wchłania się bardzo szybko, pozostawiając na twarzy lekką powłoczkę. Nie każdemu może to pasować. Niemniej jednak ja używałam go początkowo na dzień. Nie dogadywał się on z moim podkładem, więc przestawiłam go na noc. Dzięki temu, moja twarz rano była nawilżona, promienna. Dodatkowo zapach utrzymywał się dość długo. Nawilżenie było mocno wyczuwalne i widoczne. Moja cera dostawała bardzo fajnego kopa. Przy mojej dość mocnej pielęgnacji antytrądzikowej, ten krem chronił moją cerę przed przesuszeniem. Szkoda, że tak szybko musiałam go odstawić, przez ważność. Niemniej jednak jest to krem, który mocno nawilżał moją kapryśną i wymagającą cerę, przy okazji nie zapychając jej. Polubiłam się z nim, choć nie wyląduje w moim koszyku. Cena jest zdecydowanie za wysoka, bym mogła go kupić ot tak. Wolę postawić na coś tańszego i równie skutecznego. Ale jeśli chcecie wypróbować, to śmiało polecam. Nie jest to droga inwestycja jeśli lubicie mieć jeden krem bardzo długo. Przez te dwa miesiące codziennego używania, zużyłam zaledwie 1/5 kremu. Tak więc z jednej strony jest bardzo wydajny, więc stosunkowo cena nie jest duża. Jednak ja lubię testować coraz to nowe kremy, więc nie opłaca mi się wydać 50 zł, bo i tak po czasie go odstawię, bo najzwyczajniej w świecie mi się znudzi. Ale z czystym sercem go polecam.
Dostępność/Cena:
Klik / 49zł

Miałyście? Polecacie jakiś ciekawy krem do twarzy?

Siarkowe mydełko jako sposób na trądzik?

27 kwietnia 2014

Hej Dziubki :*
Jak obiecałam, tak jestem. Dziś chciałam Wam napisać kilka słów na temat bardzo ciekawego mydełka za bardzo niską cenę. Jakiś czas temu pisałam Wam o fajnym kremie z Barwy z tej samej serii, z której jest dzisiejszy bohater notki. Gdy krem zaczął sięgać dna, pomyślałam sobie, że mydełko może również mieć właściwości jak on a poza tym jest o wiele tańsze. Ja potrzebuję zmatowienia na dzień ze względu na cerę mieszaną, niestety... A czy sprawdziło się ono u mnie tak samo jak krem? Zapraszam dalej :)
Mydełko dostajemy w kartoniku, dodatkowo opakowane folią z logiem firmy. Kartonik oczywiście jest charakterystyczny dla tej serii Barwy. Po zdjęciu folii ukazuje nam się żółte, duże, lekko śmierdzące mydło. Nie oczekujcie cudów, gdyż jest to mydło siarkowe, więc śmierdzieć siarką musi. Ono również ma logo firmy (rybkę). Jest też bardzo wydajne, jak to mydło. Po stosowaniu na samą twarz, wystarczy nam na bardzo długi czas. Nie ma co się nad opakowaniem bardzo rozwodzić, najważniejsze są właściwości...
Mydło przeznaczone jest do skóry tłustej z tendencją do trądziku. Ja posiadam cerę mieszaną, trądzikową. Walczę z nim od lat i mimo antybiotyków i tak idealnie nie jest. Pomyślałam więc sobie, że mydło będzie idealne dla mnie. W dzień strefa T dość szybko mimo przypudrowania zaczyna mi się świecić. Liczyłam na to, że mydło to ukróci. Tak się też stało. Odkąd go używam, moja cera mniej się świeci w dzień. Jednak trzeba z nim bardzo uważać, bo może wysuszać. Niemniej jednak używane regularnie może nie zapobiega wyskakiwaniu nowym niespodziankom, aczkolwiek przyspiesza proces ich gojenia. Działa właśnie bardzo podobnie jak krem, przy czym jest dużo tańsze. Więc jeśli ktoś się zastanawia między kremem a mydłem, warto kupić mydło. Nie będziecie przepłacać, a prawie nie ma różnicy. Można je oczywiście używać na noc, ale zdecydowanie bardziej polecam rano tuż przed makijażem. Wtedy mamy pewność, że nasza cera nie będzie się świeciła tak szybko.
Dostępność/Cena:
Rosmann, Auchan / ok. 6 zł

Matująco-antybakteryjna siarka do twarzy? :D

15 stycznia 2014

Hej Misie :*
Ufff... Wczoraj napisałam kolejne kolokwium. Nie było tak źle, jak się spodziewałam. Jeszcze czekają mnie dwa koła i dwa egzaminy. Zobaczymy jak to wszystko pójdzie. Trzymajcie bardzo mocno kciuki, bo się przydadzą :D Ale dziś w poście priorytetem jest dość już osławiony krem od Barwy. Gdy tylko go zobaczyłam na stronie sklepu, od razu mnie zaciekawił. Oczywiście standardowo już zwiedziłam internety by się czegoś więcej dowiedzieć i czy w ogóle działa zanim go wzięłam. Zbierał dość pochlebne opinie, więc myślę sobie, czemu nie? Zaryzykowałam. A czy faktycznie jest co chwalić i czy jest matujący i przy okazji antybakteryjny? Tego dowiecie się w dalszej części.
Krem dostajemy w pomarańczowo-niebieskim kartoniku. Bardzo kojarzy mi się z kosmetykami dla nastolatek. Ja rozumiem, że jest to krem antybakteryjny, a największy przedział wiekowy osób z takim problemem to właśnie wiek nastoletni. Jednak ma też być matujący, a tutaj potrzeby cery mogą być niezależne od wieku. W takim wypadku co do kartonika jestem na nie. Wiadomo, zawiera on mnóstwo niezbędnych informacji, jednak design mógłby być nieco inny. Jest to minus przy zakupie, jednak wiadomo-najczęściej kartonowe opakowania się wyrzuca. Ale jak to mówią, nie ocenia się książki po okładce... Otwierając kartonik, dostajemy szklany (?) słoiczek. W każdym razie jest dość ciężki i trwały. Napisy się nie ścierają a i sam słoiczek ratuje design całej reszty. Jest mocno pomarańczowy i rzucający się w oczy.
Po odkręceniu słoiczka naszym oczom ukazuje się sreberko zabezpieczające krem przed niechcianym macaniem. Choć jeśli ktoś chce to i tak go otworzy. (Raz spotkałam się z czymś takim przy kremie do ciała. Całe szczęście zorientowałam się jeszcze przed podejściem do kasy...) W każdym razie plus za coś takiego. Bo jeśli nasz krem był macany, wówczas sreberko będzie uszkodzone. A tego nie chcemy, tym bardziej że liczy się higiena. Krem ma konsystencję nieco puchową aczkolwiek zbitą. Wystarczy już niewielka ilość by pokryć nim twarz. Zapach ma jak Domestos... Czytałam, że dla niektórych pachnie grejpfrutami czy cytrusami, ale dla mnie niestety śmierdzi. Jednak nie jest to uciążliwe, gdyż zapach dość szybko się ulatnia. Mimo (albo aż) 50 ml ubytek z miesiąca na miesiąc jest widoczny, ale bardzo słabo. Krem jest bardzo, ale to bardzo wydajny. Myślę,że na minimum pół roku stosowania powinien nam wystarczyć. Ja używam go codziennie, ale nie na co dzień, a na noc. Niestety nie chce współgrać z moim obecnym podkładem a i zmatowienia aż tak bardzo nie potrzebuję (puder wystarcza).
Obietnice producenta są dość interesujące. Jednak skupię się na tym co faktycznie zauważyłam podczas stosowania. Przede wszystkim na początku, gdy używałam podkładu z Ingrid świetnie razem współgrały. Cera była zmatowiona i puder był już zbędny. Efekt utrzymywał się prawie cały dzień co jest dość dobrym wynikiem. Gdy szłam na uczelnię, nie musiałam się martwić tym, że będę się świecić. Jednak, gdy zaczęłam używać podkładu z Pierre Rene, cera zaczęła dość dziwnie reagować. Podkład zbierał się w większe 'kupki' na twarzy odsłaniając kawałki cery. Nie wyglądało to dobrze. Dlatego zmieniłam sposób aplikacji i zaczęłam używać go na noc. Efekty zauważałam dość szybko. Nowe wypryski goiły się znacznie szybciej niż kiedyś. W czasie gdy mam 'te dni' dość intensywnie mnie wysypuje. Zawsze było tak, że zanim to wszystko się zagoiło, cały proces następował od nowa bo znów przychodziły te dni. Jednak od czasu używania tego kremu, wszystko goi się szybciej i lepiej. Niestety nie zauważyłam zmniejszenia porów, ale moich chyba już nic nie ruszy :D Trzeba jednak dość intensywnie nawilżać przy nim cerę, gdyż ze względu na siarkę może wysuszać. Tak więc krem matuje bardzo dobrze, do tego przyspiesza proces gojenia się wyprysków. Zdecydowanie, gdy go wykończę, kupię następne opakowanie :)
Skład:
Aqua, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Hydrogenated Olive Oil, Olea Europaea, Olive Oil Unsaponifiables, Magnesium Aluminum Silicate, Dicaprylyl Carbonate, Butyrospermum Parkii, Zinc Oxide, Polyacrylamide, C13-14 Isoparaffin, Laureth-7, Allantoin, Sulfur, PEG-30 Castor Oil Vaccinium Myrtillus, Saccharum Officinarum, Citrus Aurantium Dulcis, Citrus Medica Limonum, Acer Saccharinum, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Butylparaben, Propylparaben, Isobutylparaben, Imidazolidinyl Urea, Parfum, Citral, d-Limonene, Linalool (wizaz.pl)
 
Dostępność/Cena:
Klik /18,08 zł

Miałyście ten krem? Jak u Was się spisał? :)

Krem pielęgnacyjny z Zea Mays od BingoSpa.

25 lutego 2013

Hej ;]
Korzystając z przerwy pomiędzy zajęciami, wpadłam na bloga co nieco napisać :) Pominę fakt,że  z nerwów tak mnie nosi, że chyba muszę w coś porządnie uderzyć... Wróciłam niedawno z zakupów. W sklepie z nazwą na P. stałam chyba z dwadzieścia minut przy kasie, bo... Zatrudniono jakieś młode dziewczyny, które kompletnie sobie nie radziły. Kolejka się powiększa, kasjerka nie może skasować, trzy kolejne (kasjerki) stoją obok i 'hihihi hahaha' ... Jak tak można?! Jedna kasa czynna, ludzi coraz więcej... No,ale się wygadałam chociaż ;D Ale przyszłam tutaj z zupełnie czym innym :) Jakiś czas temu pisałam Wam o paczce od BingoSpa. Wsród wybranych przeze mnie kosmetyków znalazł się krem do twarzy z Zea Mays. I to właśnie o nim dzisiaj będzie :)

Na początku kilka słów od producenta:

Krem pielęgnacyjny z Zea Mays BingoSpa

zawiera olej z kukurydzy. Polecany dla cery mieszanej, tłustej oraz problematycznej (np. zmiany trądzikowe)
  • olej z kukurydzy BingoSpa zawiera 55-65% kwasu linolowego, 12-14% kwasu palmitynowego, 4% kwasu stearynowego, 29% kwasu olejowego oraz dużą ilość witaminy E ( do 1g/kg). Polecany zarówno dla skóry tłustej, mieszanej, dojrzałej, jak i suchej, wrażliwej czy zmęczonej. Posiada właściwości odżywcze, uelastyczniające, łagodzące, poprawia mikrokrążenie w skórze.
  • Pheohydrane® - kompleks wyciągów z Laminaria Digitata (listownica palczasta) i Chlorella vulgaris; głęboko nawilża, odbudowuje obecny w skórze NMF i restrukturyzuje płaszcz hydrolipidowy; wspomaga utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia na długi czas. Jest jednym z najefektywniejszych kompleksów algowych; ma działanie nawilżające jeszcze przez 7 dni po zakończeniu stosowania.

Krem BingoSpa to krem o lekkiej i delikatnej konsystencji. Szybko się wchłania. Dzięki niemu cera staje się jedwabiście gładka oraz wyraźnie poprawia się jej sprężystość i jędrność.

 Zacznijmy od strony bardziej suchej, czyli opakowanie. Całkiem przyjemne dla oka. Fajnie wygląda w łazience na półce. Nie jest ekskluzywne, choć ładne w swojej prostocie. To plastikowy słoiczek z naklejoną nalepką od producenta. Czarna, również plastikowa nakrętka szczelnie zamyka słoiczek. Nie odkręca się samoczynnie, nie wylewa na boki. Umożliwia to bardzo kwestię przewożenia. Do tej pory nic mi się nie wylewało, nie upaćkało innych rzeczy w walizce. Nalepka nie jest problematyczna, nie odkleja się. Zawiera wszystkie niezbędne informacje. Musimy uważać,żeby jej nie zamoczyć. Przechodząc do składu, nie znam się na tym za bardzo, choć powoli się uczę :) Widzę tam parbeny, które co prawda są prawie na końcu, ale jednak. Sam olejek Zea Mays jest na dosyć dalekiej pozycji. I na tym moja wiedza się kończy. ;) Opakowanie zaliczam na plus.
 Teraz sprawy bardziej nas interesujące, czyli konsystencja i działanie. Jak widać, krem jest wręcz śnieżnobiały. Konsystencja to bardziej wodnisty budyń. Musimy przez to uważać, by nie stawiać słoiczka 'do góry nogami', gdyż później po otwarciu możemy znaleźć jego większość na zakrętce. Zapach jest moim zdaniem bardzo ładny. Nie potrafię znaleźć odpowiedniego określenia, jednak pachnie tak kremowo, świeżo. Dzięki temu nakładanie go to czysta przyjemność dla nosa ;] Podczas nakładania go na twarz, nie jest problematyczny. Nie spływa z twarzy, wchłania się bardzo szybko. Na początku nie polubiliśmy się. Po dwukrotnym użyciu dosyć mocno mnie wysypało. Przez to się do niego zraziłam i odstawiłam do szafki. Ale szkoda mi tak było bidulka i postanowiłam mu dać jeszcze jedną szansę po doprowadzeniu mojej twarzy do porządku. Tym razem zamiast rano, nakładałam go na noc przed snem. Zostawiał leciutki film, ale mi to nie przeszkadzało. Rano moja buźka była wyraźnie delikatniejsza. Cera faktycznie jest odświeżona, widać lekką poprawę w jej stanie. Moja cera 'wypija' krem bardzo szybko. Niestety nie nadawał się dla mnie na dzień, gdyż miałam wrażenie,że moja cera jest dalej sucha. Do tego potrzebuję czegoś mocniejszego. Ale na noc jak najbardziej polecam :) Zapomniałam dodać,że krem jest szalenie wydajny. Używam go a nie widać nawet najmniejszego ubytku. :)

Dostępność / Cena.
KLIK  /  14 zł

Wiem,że wiele z Was również go wybrało :) Jestem ciekawa Waszej opinii na jego temat. Tak więc pytam standardowo :) 
 Co o nim myślicie? Co myślicie o kosmetykach BingoSpa? :)