.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do rąk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do rąk. Pokaż wszystkie posty

Kosmetyki BingoSpa. Balsam do dłoni, serum do ciała i maska do włosów.

26 grudnia 2015

Hej :* Święta, święta i po świętach. Jak Wam minął ten rodzinny czas? Ja przyznaję, że lubię te dni. Zawsze mogę posiedzieć w gronie rodzinnym, spędzić trochę czasu razem. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Dzisiaj jeszcze czeka mnie uroczysty obiad u przyszłej teściowej i w zasadzie tyle... Choć aura w tym roku nie sprzyjała nastrojowi świątecznemu, to mimo wszystko dało się go odczuć. Dzisiaj na termometrze u mnie pokazuje aż trzynaście stopni. Jestem w ogromnym szoku, bo nie pamiętam takich świąt, ani takiej zimy. Chciało by się powiedzieć, że piękną wiosnę mamy tej zimy. Ale nie o tym dzisiaj, a o trzech kosmetykach BingoSpa, które od jakiegoś czasu u mnie goszczą. Na tapetę biorę balsam palmowy do dłoni, serum czekoladowo limonkowe oraz arganową kurację do włosów. Ciekawi jak spisały się u mnie te trzy kosmetyki? Zapraszam do lektury ;)
Zacznijmy od opisu trzech kosmetyków, czyli od tego co obiecuje nam producent:
Balsam Palmowy do dłoni: Olej palmowy wyciskany jest z pestek owocu drzewa Elaeis Guineensis, czyli olejowca gwinejskiego, ma barwę pomarańczową, z powodu wysokiej zawartości karotenu. Doskonale natłuszcza i uelastycznia skórę.  Zawiera dużo witaminy E, witaminy A oraz nienasycone i nasycone kwasy tłuszczowe. Ten cudowny składnik  połączony w Balsamie palmowym BingoSpa z ekstraktem z zielonej herbaty chroni skórę dłoni przed wolnymi rodnikami, zapobiegając procesom starzenia. Ożywia, nawilża, zmiękcza, uelastycznia skórę dłoni i wzmacnia paznokcie.
Serum czekoladowo-limonkowe: Ciesz się radosnym i fascynującym zapachem brazylijskiej limonki. Serum BingoSpa sprawi że pielęgnacja Twojej skóry stanie się niezapomnianą chwilą, chwilą na którą z niecierpliwością czekasz, chwilą, którą pragniesz, by trwała bez końca... dzięki czekoladzie. Wyjątkowe, czekoladowo - limonkowe serum BingoSpa do pielęgnacji ciała to odżywczy kompres o aksamitnej konsystencji i radosnym zapachu, który ożywi zmęczoną i suchą skórę. 
Arganowa kuracja do włosów: Intensywna Kuracja Arganowa BingoSpa  nawilża i przywraca włosom optymalne nawilżenie. Pomaga w regeneracji warstwy ochronnej włosa chroniącej go przed uszkodzeniem oraz pomaga ożywić suche, łamliwe i zniszczone włosy pozostawiając je gładkie, błyszczące i łatwe do ułożenia. Na efekty nie trzeba długo czekać.
Balsam palmowy do dłoni zamknięty jest w buteleczce z pompką. Jest ona całkiem wygodna, choć zdarzyło mi się jej zacięcie. Całe szczęście tylko na początku, potem było już wszystko dobrze. Dodatkowo zabezpieczona jest plastikową nakładką, żeby niepotrzebnie nam się balsam nie wydobywał sam z siebie. Dzięki dozownikowi możemy wydobyć odpowiednią ilość balsamu. Jest on dość gęsty, treściwy przez co bardziej wydajny. Największym rozczarowaniem jest jednak dla mnie zapach. Liczyłam na piękną, zieloną herbatę a dostałam gumę balonową... Niestety nie jest dla mnie. Poleciał do mojej mamy, której nie przeszkadzał. A co do działania, starałam się na początku znieść zapach, żeby mieć jego jakiś obraz. Wchłania się bardzo dobrze i dość szybko. Nie pozostawia tłustego filmu ani nic w tym rodzaju. Nawilżenie jest dobre w kierunku bardzo dobrego. Jeśli lubicie zapach gumy balonowej, mogę go śmiało polecić. Całkiem przyzwoity kosmetyk w dobrej cenie.
Dostępność/Cena:
KLIK /  12 zł (125g)
Serum miałam już okazję używać i już wtedy wiedziałam, że do niego wrócę. Wówczas wychwalałam go dość mocno, co możecie przeczytać tutaj. Od tamtej pory minęło trochę czasu i również firma zmieniła nieco podejście. Aktualnie serum nie jest zamknięte w słoiczku, do których zawsze się przyczepiałam, lecz w butelce z pompką. Jest to zdecydowanie wygodniejsza opcja. Pompka całe szczęście się nie zacina i nie sprawia mi problemów. Serum poza tym nie zmieniło się ani nawet. I całe szczęście. Zapach jest cudowny, ewoluuje na skórze tak jak kiedyś. Na początku czujemy orzeźwiającą limonkę, by po przeniesieniu jej na ciało rozkoszować się zapachem czekolady. Używam go obecnie po goleniu nóg w celu złagodzenia podrażnień. Radzi sobie świetnie. Nie czuję żadnego dyskomfortu co jest dużym plusem. Co tu dużo pisać, w kwestii działania nie zmieniło się nic i chwała za to. Polecam tak jak kiedyś, tak i teraz ;)
Dostępność/Cena:
KLIK / 16 zł(150g)
W końcu przechodzę do kosmetyku, który niestety delikatnie mnie rozczarował. Ale od początku. Maska (?) zamknięta jest w słoiczku, którego nie polecam próbować otwierać mokrymi dłońmi. Katastrofa murowana. Natomiast w innym przypadku nie sprawia problemów. Nie wylewa się, opakowanie nie przecieka. Maska jest półprzezroczysta, a w zasadzie bardziej mleczna, półgęsta. Pachnie tak profesjonalnie, jak czasem u fryzjera te wszystkie kosmetyki. Nie jestem w stanie dokładnie określić tego zapachu, ale bardzo mi się podoba. Plusem jest to, że utrzymuje się przez jakiś czas jeszcze na włosach. Oczywiście dostosowałam się pierwotnie do zaleceń producenta, czyli przez pięć dni z rzędu ją nakładałam, a potem 1-2 razy w tygodniu. Na początku efekt był całkiem fajny. Włosy nawilżone, miękkie. Jednak z każdym kolejnym użyciem efekty były coraz słabsze, aż w końcu maska przestała robić cokolwiek, poza naprawdę delikatnym nawilżeniem i ułatwieniem rozczesywania włosów. Szkoda, bo wiązałam z nią wielkie nadzieje. Co jakiś czas będę jej używać, bo jak włosy odpoczywają, to znów ją wręcz piją i jest dobrze. Ale naprawdę raz na miesiąc, nie więcej. Wtedy efekt jest zadowalający. I jeśli potrzebujecie takiej awaryjnej maski raz na jakiś czas, to mogę polecić. A jeśli chcecie czegoś, co będzie można używać co najmniej raz w tygodniu i da dobre efekty, to niestety nie tędy droga.
Dostępność/Cena:
KILK / 14 zł (250g)

Po raz kolejny miałam okazję wypróbowania kosmetyków BingoSpa i nie żałuję. To jest marka, do której się wraca. Trafiają się lepsze i gorsze kosmetyki. Jeszcze nie raz do niej wrócę ;) A Wy? Miałyście jakiś ciekawy kosmetyk BingoSpa? Piszcie co możecie polecić ;)
http://bingospa24.pl/

Krem do rąk Dove z masłem Shea i Wanilią.

18 lipca 2015

Hej ;* Przepraszam Was, że tak rzadko ostatnio jestem. Dopadła mnie jakaś twórcza niemoc. To pewnie ze względu na ostatnio panujące upały. Co prawda było kilka dni chłodniejszych, ale co z tego, jak upały wróciły ze zdwojoną siłą... Aktualnie jest u mnie prawie 32 stopnie, przez co nie da się normalnie funkcjonować. W tym okresie kremy do rąk są raczej zbędne, no chyba, że na wieczór gdy przez słońce nasze dłonie stają się wysuszone. Dlatego postanowiłam Wam wspomnieć o całkiem ciekawym kremie, który dorwałam w Biedronce za zawrotną cenę niecałych 6 zł. Zapach wanilii uwielbiam, szczególnie jak jest on prawdziwie oddany w kosmetykach. Na początku kupiłam jakiś krem w Tesco, który miał być waniliowy... Po otworzeniu już w domu poczułam wielkie rozczarowanie. Wanilii żadnej w nim nie było... Poleciał do mojego N, a ja będąc w Biedronce (w której jestem swoją drogą prawie codziennie) z zamiarem tylko zerknięcia na kosmetyki kupiłam bohatera dzisiejszego postu. Już za sam zapach go pokochałam. A czy reszta właściwości również mnie zachwyciła? O tym dalej ;)
Kochasz spa? Nadszedł czas by spróbować odżywczy krem do rąk Masło Shea z Wanilią, który otuli Twoje zmęczone dłonie bogatym, odżywczym kompleksem z masłem shea. Delikatnie wchłania się w Twoją skórę rozbudzając zmysły dzięki kojącemu, kremowemu zapachowi z nutą ciepłej wanilii. Zawiera unikalny DeepCare Complex z naturalnymi dla skóry składnikami odżywiającymi oraz bogatym olejkiem, który głęboko odżywia skórę i pomaga w stopniowej odbudowie skóry. Jedwabiście gładkie dłonie? Przekonaj się! Masło shea jest bogate w witaminy A i E, które sprawiają, że skóra po jego zastosowaniu jest gładka, dobrze nawilżona i pokryta zabezpieczającym lipidowym filmem. Produkt przetestowany dermatologicznie. Źródło
Krem zamknięty jest w miękkiej tubce, o pojemności 75ml. Mi to odpowiada, ponieważ nie lubię kremów w dużych tubkach. Zapach szybko mi się nudzi, więc preferuję nawet te 30ml kremy. Tubka prezentuje się estetycznie, delikatnie i bardzo przyjemnie dla oka. Na razie nic się nie pościerało a noszę go już jakiś czas w torebce. Zamykana jest na zatrzask, więc nie ma prawa samoczynnie otworzyć się podczas transportu. Otwór jest niewielki, ale wystarczający by wydobyć odpowiednią ilość kremu. Jeśli chodzi o jego konsystencję, to jest lekki, choć równocześnie treściwy. Wystarczy jego niewielka ilość by dobrze nawilżyć dłonie. Wchłania się szybko, pod warunkiem, że właśnie z tą ilością nie przesadzimy. Zapach jest tutaj niewątpliwym atutem. Jest waniliowy (taki prawdziwy), ciepły i otulający. Fanki wanilii będą usatysfakcjonowane. Ja osobiście go uwielbiam i wiem, że kiedyś na pewno do niego wrócę. Nawilża całkiem przyzwoicie, choć nie liczyła bym na efekty wow przy mocno przesuszonych dłoni. U mnie efekt jest dobry (a dłonie lubią mi się lekko przesuszyć). Przy mocnych pęknięciach i wysuszeniu może nie dać rady, natomiast przy średnich już tak. Za taką cenę mogę śmiało go polecić. Dostaniecie go w większości (o ile nie w każdej) Biedronek. Nie wiem jak w innych miejscach.

Dostępność/Cena:
Biedronka / ok. 6zł (75ml) 

Miałyście go? A może polecacie jeszcze jakiś dobry krem do rąk? Piszcie! :)

Coś dla suchych dłoni. Evree MaxRepair-regenerujący krem do rąk.

4 stycznia 2015

Heeej :* :) Ostatnio chyba dopada mnie blogowa depresja. Jakoś mam coraz mniej chęci na pisanie. A może to nie depresja, tylko natłok uczelnianych spraw, przez które odechciewa mi się wszystkiego... Sama nie wiem. Ale przynajmniej mogę się Wam pochwalić, że w końcu udało mi się skleić pierwszy rozdział licencjatu. Nie było w sumie tak źle. Temat co prawda mam dość ciężki, bo zajęłam się wpływem stresu u policjantów na zachowania kryminogenne. Ale to jest to co mnie interesuje i kręci rzecz jasna :D Zobaczymy jak pójdzie z resztą. A dziś chciałam Wam napisać słów kilka o kremie do rąk od Evree. Kremy do rąk to coś, co w okresie jesienno-zimowym zawsze u mnie znajdziecie. I to nie jeden, a co najmniej dwa. Moje dłonie potrzebują w tym czasie mocnego kopa, ponieważ strasznie się przesuszają. Natomiast wiosną i latem jest wręcz przeciwnie, bo kremu u mnie nie znajdziecie ani jednego. A czy krem z Evree sprawdził się u mnie? O tym poczytacie poniżej.
 
MAX REPAIR
Krem do rąk regenerujący do skóry suchej i podrażnionej. Emolienty roślinne zawarte w kremie przyspieszają wnikanie składników aktywnych w głębokie warstwy skóry dłoni, tworząc na ich powierzchni ochronny film. Nie pozostawia nieprzyjemnego uczucia lepkości.
SKŁADNIKI AKTYWNE: olejek arganowy, olejek avocado, olejek migdałowy, d-panthenol
DZIAŁANIE: odbudowuje zniszczony naskórek, koi spierzchnięte i zniszczone dłonie, przywraca skórze miękkość i elastyczność   Źródło
Krem zamknięty jest w dużej, bo aż 100ml tubce. Szata graficzna jest typowa dla marki oraz całej serii max repair. Napisy się nie ścierają, nalepka nie odkleja. Wszystko na plus. Tubka zrobiona jest z lekko giętkiego materiału, więc pod koniec nie powinno być problemu z wydobyciem resztek kremu. Tubka zamykana jest standardowo, na klik. Podczas noszenia w torebce krem ani razu mi się nie otworzył. Nie mam się kompletnie do czego doczepić.
Krem jest dość rzadki, ale nie wylewający się. Pachnie tak lekko kremowo (masło maślane :D) ale wyczuwam w nim również lekką nutę ogórkową jak w przypadku balsamu. Całe szczęście nie jest ona aż tak intensywna jak przy balsamie. W innym wypadku nie była bym w stanie go używać. Tutaj jest to znośne i całość pachnie nawet przyjemnie. A jeśli chodzi o kremy do rąk to jestem strasznie wybredna co do zapachu i bardzo szybko nudzą mi się one. Stąd też zazwyczaj znajdziecie u mnie minimum dwa kremy, ale oczywiście w wersjach miniaturowych po 30ml. Wchłania się dość szybko, zostawiając delikatną warstwę ochronną. A jeśli chodzi o samo działanie, jest dobrze. Dobrze, ale nie jakoś spektakularnie. Ja mam dość suche dłonie zimą, więc potrzebuję czegoś, co dobrze je odżywi oraz nie będę musiała używać tego ciągle. Tutaj krem żeby dłonie były dobrze nawilżone muszę użyć go minimum trzy razy dziennie. Gdzie w przypadku innego kremu, jest to raz dziennie, a nawet raz na dwa dni. Ale jeśli Wasze dłonie nie są aż tak wymagające, krem się jak najbardziej sprawdzi. Ja zapewne nie dam rady zużyć go w całości, ponieważ tak jak psiałam, zapachy szybko mi się nudzą, a krem ma ważność tylko 6 miesięcy od otwarcia.
Tak więc jeśli macie średnio wymagające dłonie, śmiało polecam. Jeśli jednak potrzebujecie czegoś na prawdę mocnego, niestety.
Dostępność/Cena:
Natura, Rossmann, Dayli, inne drogerie / ok. 9zł

Miałyście? Jaki dobry krem do rąk polecacie?

Zgłoś się i wygraj krem do rąk Arlesienne od L'Occitane! (Mała zmiana)

24 listopada 2014

Hej :* Chciałam Was zaprosić na rozdanie, w którym do zgarnięcia są aż dwa kremy do rąk z limitowanej edycji L'Occitane Arlesienne. Początkowo rozdanie miało wyglądać inaczej, jednak ze względu na małą ilość zgłoszeń postanowiłam nieco zmodyfikować warunki ;) Post mieliście okazję czytać wcześniej, jednak by nie tracić zgłoszeń, postanowiłam go tylko zmodyfikować i opublikować ponownie ;)
Ja posiadam swój krem i muszę Wam powiedzieć, że jestem miło zaskoczona. Jest bardzo wydajny (potrzeba naprawdę niewiele by wysmarować nim dłonie), bardzo dobrze nawilża i pięknie pachnie. A skoro już wszystko wiecie, chciałam Was zaprosić do zabawy. Warunek przystąpienia jest bardzo prosty, wręcz banalny, a krem w łatwy sposób może trafić właśnie do Ciebie ;) Wystarczy:
*Być publicznym obserwatorem bloga Angietrucco

Dodatkowo, by zdobyć jeszcze jeden los, można:
*Polubić fanpage L'Occitane  KLIK

Proste, prawda? :) W komentarzu pod tym postem zostawcie swoje zgłoszenie według wzoru:
Obserwuję blog jako: (nick)
Lubię fb L'Occitane: Tak/Nie
e-mail:

Regulamin rozdania:
1.Fundatorem nagród jest firma L'Occitane
2.Nagrodą w rozdaniu są dwa kremy do rąk Arlesienne, każdy 30ml.
3.Ze wszystkich zgłoszeń przy pomocy maszyny losującej wybiorę dwie osoby, które otrzymają krem (każda po jednym)
4.Rozdanie trwa do 1.12.2014r. (Ktoś będzie miał miły prezent na Mikołajki ;))
4.Należy zostać publicznym obserwatorem bloga Angietrucco, oraz (ewentualnie) polubić fanpage L'Occitane.
5.Niespełnienie warunków koniecznych łączy się z dyskwalifikacją podczas losowania.

Skoro wszystko już wiecie, nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam powodzenia :)

Akademia zmysłów L'Occitane - Arlésienne.

17 listopada 2014

Hej ;* Jak ten czas szybko leci... Miałam cały tydzień wolnego i już trzeba wracać na uczelnię. A było tak dobrze :P Pocieszam się jedynie faktem, że niedługo święta i wtedy będę miała calutkie dwa tygodnie wolnego. W każdym razie notka miała być zupełnie o czym innym. Ale czasem lubię się Wam tak wygadać :) W końcu po to też między innymi jest ten blog. Takie moje małe miejsce w sieci. I właśnie w tym miejscu chciałam się z Wami dzisiaj podzielić moimi odczuciami co do kolejnego pudełeczka z Akademii zmysłów L'Occitane. W listopadzie króluje Arlésienne. Przyznam się szczerze, że ten zapach zupełnie mnie oczarował...
Dzisiaj zabieram Was w podróż do Arlesienne... ARLÉSIENNE to kobieta L’OCCITANE olśniewająca i tajemnicza, rodem z południa Francji. Jej charakter widać po sposobie poruszania się, ruchu jej sukni i postawie ciała. Arlésienne jest wyjątkowa i inspirująca. Kiedy się pojawia pozostawia jedyny w swoim rodzaju dowód swojej obecności. Jeszcze słyszysz szelest jej sukni, jeszcze czujesz w powietrzu jej zapach. Trzy kwiatowe nuty, każda jak cechy jej charakteru: ognisty temperament szafranu, gracja róży i tajemniczość fiołka, razem tworzą niezwykłą kompozycję. Źródło
Cała seria pachnie identycznie. Jest to zapach słodki, mocno perfumowany, kwiatowy. Myślę, że spodoba się każdemu. Nawet mój N. lubi ten zapach, a on jest wybredny, uwierzcie :) Ja jestem oczarowana nim pod każdym względem. Na listopad przypadły aż cztery kosmetyki: mleczko do ciała, krem do rąk, mydełko oraz miniaturka perfum. Dodatkowo też dwa kremy do rąk specjalnie dla Was. Zawartość miło mnie zaskoczyła, a zapach już było czuć w momencie otwierania pudełeczka.
Mleczko do ciała to produkt pełnowymiarowy, 250ml. Buteleczka jest, co tu dużo mówić, urocza. Idealnie trafiła w mój gust (uwielbiam kolor różowy ^^). Jest lekko przezroczysta, dzięki czemu widać ile produktu nam pozostało. Posiada malutki dziubek, przez który wydobywa się odpowiednia ilość produktu. Mleczko jest białe a konsystencja typowa dla mleczek, choć nieco mniej wodnista. Mleczko wchłania się bardzo dobrze, nie pozostawiając filmu na skórze. Zapach jest intensywny, utrzymujący się bardzo długo. Ja mleczka zawsze używam na noc i rano jeszcze go czuć. W kwestii nawilżenia jest też bardzo dobrze. Ja mam skórę normalną, choć w okresie jesienno zimowym suchą na łokciach i kolanach. Mleczko świetnie nawilża te okolice, jak i resztę ciała.
Dostępność.Cena:
Klik / 99zł (250ml)
Krem do rąk znalazł się w pudełeczku po raz kolejny. Jestem z tego faktu mocno zadowolona, ponieważ kremów do rąk w okresie jesienno zimowym nigdy dość. Tubka jest utrzymana (jak cała seria) w podobnej kolorystyce. Tutaj również trafia w mój gust i pięknie wygląda w torebce :) Opakowanie zawiera 30ml kremu. Zakrętka bardzo łatwo się odkręca, nawet przy nakremowanych dłoniach. Zapach utrzymuje się dość długo. Krem wchłania się dobrze, choć gdy nałożymy go za dużo, może być problem. Wówczas pozostaje nieprzyjemny film na dłoniach. Jeśli jednak znajdziemy tą odpowiednią ilość, zaczyna się bajka. Wchłania się szybko, pozostawiając świetnie nawilżone dłonie. Tak jak w przypadku kremu do rąk z masłem shea, ręce kremuję rzadziej, ze względu na jego długotrwałe działanie. W tym okresie mam problem z suchymi dłońmi, a krem pomaga mi z tym walczyć i do tego pięknie pachnie. Wydajność jest dobra, ze względu na fakt iż potrzeba go naprawdę niewiele.
Dostępność/Cena:
Klik /  30 zł (30ml)
Mydełko mnie zaskoczyło w pudełku. Niezbędna tu będzie mydelniczka, bądź inne pudełko do przechowywania. Pachnie identycznie jak cała seria, choć zapach utrzymuje się nieco krócej niż po mleczku. Próbowałam go użyć do ciała i przyznam się, że myje bardzo dobrze. Skóra jest po nim aż taka skrzypiąca. Na dłuższą metę jednak bała bym się przesuszenia, dlatego teraz towarzyszy mi tylko do mycia rąk, ewentualnie zabieram je do mojego N. Wówczas nawet umycie całego ciała nim nie jest straszne (bo nie używam go codziennie). Pieni się przyzwoicie. Jednak właściwości pielęgnujących tu nie uświadczycie.
Dostępność/Cena:
Klik / 15 zł (50g)
Ostatnia na tapetę idzie woda toaletowa. Tutaj miałam okazję wypróbować próbkę 7,5ml. Trochę szkoda, bo zapach był obłędny. Bardzo kobiecy, zmysłowy. Wodę zużyłam dość szybko. Buteleczka jest pięknie tłoczona, przezroczysta ze złotą nakrętką. Pełnowymiarowe opakowanie wygląda nieco inaczej, choć bardzo podobnie. Zapach jest intensywny, choć miałam wrażenie, że bardzo szybko się ulatniał ( a może po prostu mój nos się przyzwyczajał..). W każdym razie ubrania pachniały nią jeszcze na drugi dzień, więc coś w tym musi być. Taka miniaturka starczyła mi na krótko, choć nasza przygoda była otoczona pięknym zapachem. Na pełnowymiarowe opakowanie niestety się nie skuszę ze względu na dość wysoką cenę.
Dostępność/Cena:
Klik / 210 zł (75ml)

Miałyście któryś z tych kosmetyków?

Akademia Zmysłów L'occitane - Masło Shea.

21 października 2014

Hej :* Dziś przychodzę do Was z postem w którym mowa będzie aż o trzech kosmetykach. Już wszystko wyjaśniam. Miesiąc temu dołączyłam do Akademii Zmysłów L'occitane. Część z Was zapewne wie już o co w tym chodzi. Co miesiąc otrzymuję paczkę-niespodziankę z przewodnim składnikiem kosmetyków. W tym miesiącu jest to masło shea. Firma L'occitane od zawsze dobrze mi się jakoś kojarzyła, ale ze względu na dość spore ceny mogłam sobie tylko powzdychać do tych wszystkich dobroci... A tutaj taka okazja wypróbowania ;) Swój pierwszy box otrzymałam pod koniec września. Jako, że kolejny już jest w drodze, pomyślałam, że to czas na recenzję smakołyków z poprzedniej paczki. Pudełko na październik trafiło w mój gust prawie idealnie. Krem do rąk, balsam do ust i masło do ciała. Krem i balsam miałam w zamiarze kupić (ze względu na jesienną porę) a masło do ciała już niekoniecznie (mazideł u mnie dość, a ciężko mi idzie ich zużywanie..). Jednak wszystkie kosmetyki poszły w ruch. Ciekawi jesteście jak wypadły w moich oczach?
Odkryj zmysłową kolekcję o subtelnym zapachu linii Masło Shea L’OCCITANE. Dzięki wyjątkowo wysokiej zawartości masła shea krem jest równie bogaty i głęboko nawilżający, jak najsłynniejsze bestsellery L’OCCITANE, a jednocześnie jego puszysta i lekka jak bita śmietanka konsystencja zapewnia błyskawiczne wchłanianie. Trudno o przyjemniejszy sposób na nawilżenie skóry.
Zacznę od kremu do ciała, który początkowo wydał mi się zbędny i myślałam, że odłożę go na bok. Ale już samo opakowanie przykuło mocniej moją uwagę. Metalowe, srebrne z niebieskim akcentem. Cała seria mocno wpada w moje upodobania. Po odkręceniu ukazuje nam się zabezpieczenie w postaci sreberka. Jak już przedrzemy się przez nie, dostaniemy bardzo puszysty kremik. Wygląda on jak bita śmietana zamknięta w metalowej puszce. Konsystencja po rozsmarowaniu staje się lekka i dobrze się wchłania. Jeśli chodzi o nawilżenie, to u mnie ciężko o systematyczność, więc krem zużyłam do... stóp. O ile moja cera jest mieszana w kierunku tłustej, o tyle reszta ciała jest normalna. Dlatego nie potrzebuję mazideł do tych partii. Ale w okresie jesienno zimowym moje stopy potrzebują sporego nawilżenia. I tutaj masło sprawdziło się świetnie. Szybko się wchłania, nie pozostawia filmu i bardzo przyjemnie nawilża. Używam je zawsze na noc, po czym zakładam ciepłe skarpetki. Rano moje stopy są nawilżone i delikatne.  102zł/125 ml
Kolejny jest krem do rąk. Na początku ucieszyłam się z faktu, ze jest to opakowanie tylko 30ml. Jeśli tylko mogę, to staram się kupować miniaturki kremów do rąk ze względu iż bardzo szybko nudzi mi się zapach. Tutaj dostajemy też podobną szatę graficzną do kremu. Całość wygląda bardzo profesjonalnie i nie ukrywam, że ładnie. Zwraca na siebie uwagę zdecydowanie. Krem jest równie puszysty jak krem do ciała. Wystarczy niewielka ilość by posmarować dłonie. Również bardzo dobrze nawilża i przyjemnie pachnie. Coś jak standardowy krem Nivea. Dość szybko się wchłania pozostawiając nam gładkie dłonie. Jest to najlepszy krem, jaki do tej pory miałam. Nie muszę już tak często smarować dłoni, bo krem zapewnia nawilżenie na dość długo. Jednak minusem jest zdecydowanie cena, która moim zdaniem jest nieco zawyżona w stosunku do wydajności... 29,90zł/30ml
Ostatnim z kosmetyków jest limonkowy balsam do ust. O ile poprzednie dwa kosmetyki mi przypadły, o tyle tutaj jest nieco gorzej. Ale od początku. Balsam dostajemy w standardowej tubce z dziubkiem. Fajne, higieniczne rozwiązanie. Napisy się nie ścierają, nakrętka nie wyrabia. Zapach jest limonkowy, ale lekko chemiczny. Smak jest jakiś dziwny, nieprzyjemny. Na moich ustach balsam po rozsmarowaniu oddziela się nieestetyczną linią na środku warg. Nie mam pojęcia z czego to wynika, jednak jak posmaruję, chwilę odczekam i potem zbiorę go chusteczką, to usta są lekko nawilżone, ale nie jakoś spektakularnie. Na mało wymagających ustach może się sprawdzić, jednak na tych bardziej, niestety nie. 32zł/12ml

Pudełeczko okazało się całkiem przyjemne. Cieszy mnie fakt, że mogę poznać bliżej firmę oraz kosmetyki, na które sama bym sobie raczej nie pozwoliła :) Więcej kosmetyków oraz informacji znajdziecie na stronie L'Occitane. A Wam jak się widzi to pudełeczko?

Kokosy i banany połączeniem idealnym?

29 kwietnia 2014

Hej Kotki :*
Korzystając z faktu, że właśnie odwołali mi jedne zajęcia, jestem tutaj :) Piszę do Was siedząc z olejem na głowie ^^ Za jakiś czas postaram się Wam napisać jak aktualnie wygląda moją pielęgnacja włosów. Od ostatniego czasu trochę zmieniło. Do szamponu i odżywki doszedł jeszcze olej. Nie jest to jakoś skomplikowane, ale oleje mają zbawienne działanie na włosy, a mi udało się znaleźć w końcu moją porowatość, więc i dobrać odpowiednie oleje. Szału na razie nie ma, ale jest lepiej niż było. Ale o tym w osobnym poście :) Dziś natomiast przychodzę z recenzją smakowitego kremu do rąk :D Ciekawi, czy poza smakowitym zapachem jest dobry? Zapraszam dalej :)
Jakiś czas temu odstawiłam krem do rąk z Czterech Pór Roku. Doszłam do wniosku, że muszę kupować tylko kremy w miniaturowych opakowaniach. Bardzo szybko nudzi mi się ich zapach i często lądują u mojej mamy czy siostry. Bezsensu, pomyślicie sobie. Teraz to i ja to wiem :D Ale gdy odstawiłam CPR, musiałam się zaopatrzyć w coś nowego. Moją uwagę przykuł malutki krem z Farmony. Dawno temu miałam od nich krem do ciała, który pokochałam za zapach. Tutaj już sama tubka zwróciła moją uwagę. Solidna, mała, zmieści się bez problemu w każdej torebce. Kolorowe, wesołe opakowanie zdecydowanie jest na plus. Otwór przez który wydobywamy krem, również jest bez zarzutów. Jedynym minusem może być fakt, że zakrętka z czasem się wyrabia i musimy uważać by dobrze dokręcić, ale jej nie przekręcić.
No okej, opakowanie swoją drogą, a jak jest z właściwościami i całą resztą? Zapach jest cudowny. Banan z kokosem. Nie jestem w stanie, który z zapachów wybija się bardziej, bo pachną z podobną intensywnością. Ale w połączeniu są genialne. Dawno nie miałam tak pięknie pachnącego kosmetyku. Przepadłam. Utrzymuje się on przez jakiś czas, co dla mnie jest plusem. Nawet mój N. na tyle go polubił, że i u niego zagościł. Na jego przesuszone dłonie krem sprawdza się całkiem fajnie. Ja kremu używam codziennie na noc, czasem też w dzień. Zawsze przed zaśnięciem mam problem z suchymi dłońmi i krem jest niezbędny. Ten daje mi całkiem fajne nawilżenie i spokojnie mogę iść spać. W dzień też fajnie koi moje dłonie. Nie wiem czy sprawdził by się na zimę, ale na obecny czas jest całkiem fajny. Lekka konsystencja wchłania się dość szybko. Wydajność jest średnia, wiadomo, bo to mała, zaledwie 30ml tubka. Na pewno po wykończeniu kupię go po raz kolejny, tylko nie wiem czy ten zapach. Lubię coraz to nowe zapachy kremów do rąk. Osobiście z czystym sercem go polecam.
Dostępność/Cena:
Dayli, Natura, Rossmann / ok 3 zł

Miałyście? Polecacie jakiś inny smakowity krem do rąk? :) Przy okazji chciałam Wam życzyć udanej majówki, byście wypoczęły i zregenerowały siły :) Ja zapewne z nowym postem wrócę dopiero po. Buziaki :*

Pomarańczowe delicje od Czterech Pór Roku.

28 grudnia 2013

No hej Misie :*
Święta, święta i po świętach co? Zleciały strasznie szybko przynajmniej mi. Pyszne jedzenie, przejedzony brzuch, a potem jeszcze świetne 18 urodziny kuzynki, to jest to :D A Wam jak minęły święta? Mam nadzieję, że dobrze i spokojnie. Myślę, że Mikołaj czy tam Gwiazdor (jak kto woli) był hojny? :) Ja skreśliłam dzięki Niemu jeden punkt z wishlisty już skreśliłam. Chociaż na oficjalnej blogowej liście nie było tego prezentu, to kto śledzi fanpage ten wie. Wymarzyłam sobie skórzaną spódniczkę, która wylądowała właśnie pod choinką <3 Już nie mogę się doczekać lata, kiedy ją znów ubiorę :) Jest właśnie taka jaką chciałam. Ale nie o tym maiło być. Dzisiaj wpadam już do Was z recenzją. W najbliższym czasie mam Wam do pokazania kilka ciekawych kosmetyków. Ale zacznę od kremu do rąk, który kiedyś już miałam, ale w innej wersji zapachowej. Tym razem dzięki drogerii superkoszyk.pl wpadł do mnie ta wersja zapachowa, na którą polowałam ale nie znalazłam. Jest to wersja limitowana, może dlatego. Niemniej jednak jak zobaczyłam go na stronie, to nawet się nie wahałam i wrzuciłam do koszyka. Recenzja pojawia się w miarę szybko tylko dlatego, ze wcześniej miałam w swoich rękach ten sam krem, lecz o innym zapachu. Kwestią było tylko upewnienie się czy działają tak samo. Czy jest z tego miłość?
Opakowanie to standardowa tubka zawierająca 130 ml kremu. Design zdecydowanie przyciąga wzrok. Jest mocno pomarańczowy z całkiem przyzwoitą szatą graficzną. Napisy nie powinny się ścierać, chyba że zaczynamy dobijać dna. Ale wtedy po wykończeniu przecież tubki nie będziemy trzymać. Tubka nie otwiera się sama w torebce, więc nie ma obawy o pobrudzenie torebki czy kosmetyczki. Ja krem noszę ze sobą zawsze i nigdy nic złego się nie działo. Dzięki nakrętce możemy krem spokojnie postawić. Otwiera się bez zarzutów, więc nie musimy się też obawiać o paznokcie. Jak na razie jest dobrze.
Konsystencja kremu (po prawej) jest całkiem przyjemna, można powiedzieć, że nawet troszkę bardziej treściwa, aczkolwiek delikatna.
Zapach jaki wyczuwam podczas aplikacji tego kremu to autentyczne pomarańczowe delicje. Może nie pachnie jak te z wyższej półki, ale te 'podrobione' owszem. Czuć czekoladę i tą pomarańczową galaretkę. Krem wchłania się dość szybko pozostawiając dość miły zapach przez dłuższą chwilkę. Potem zapach się ulatnia, więc wrażliwe noski nie będą aż tak niezadowolone. Ja się do niego przyzwyczaiłam, choć przyznam, że nie tego się spodziewałam. Po posmarowaniu i wchłonięciu dłonie są zmiękczone, nie są już tak suche. Zostawia po sobie przez chwilę też lekki film, który znika bardzo szybko. Jest to niestety efekt doraźny do następnego mycia dłoni. Zresztą sam producent zaleca używać go każdorazowo po użyciu mydła bądź detergentów. Niemniej jednak mniej wymagające dłonie będą z niego zadowolone. Moje w tym roku nie są już tak kapryśne, więc krem doraźnie mi pomaga. Choć obawiam się, że jak przyjdzie prawdziwa zima (teraz to chyba jesień... :D) to będę potrzebowała czegoś bardziej nawilżającego.
Ale cieszę się, że mogłam spróbować kremu, który od dłuższego czasu chodził mi po głowie. Myślałam, że zapach będzie nieco apetyczniejszy, choć pomarańczowe delicje lubię. Jeśli Wasz skóra dłoni nie jest bardzo wymagająca, mogę go polecić. Tym bardziej, że cena zachęca.
Dostępność/Cena:
Rossmann, Superkoszyk.pl / ok. 5 zł , (3.49 zł w promocji na stronie superkoszyk)

Dostępnych jest mnóstwo wersji zapachowych, więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Biedronkowy nawilżający krem do rąk.

7 października 2013

Hej Dziubki :) :* 
Dawno nie było czegoś kosmetycznego... Wiem, troszkę zaniedbałam to i owo. Jednak musicie zrozumieć, że zaczęłam zajęcia na uczelni. Znów staram się uczyć na nowo godzić uczelnię z blogiem. Na razie jest ciężko, a to dopiero początek :D Za jakiś miesiąc dopiero zacznie się jazda bez trzymanki. Ale wybrałam tak a nie inaczej, a blog działać będzie nadal. Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją kosmetyku, który już dosyć długo leży u mnie w kosmetyczce, a nie wiem dlaczego do tej pory nie pojawiła się recenzja. Używam go już sporo czasu, więc pora na moją opinię.
Krem znajduje się w klasycznej dla tego rodzaju kosmetyku tubce. Jest ona dosyć miękka, przez co nie ma problemu z wydobywaniem zawartości, nawet przy końcówce. Szata graficzna jest charakterystyczna dla kosmetyków BeBeauty. Prosta, klasyczna, bez przesadnego udziwniania. Napisy się nie ścierają. Ogólnie jestem na tak w tej kwestii. Zamknięcie na klik daje nam pewność, że nic się nie wydobędzie w torebce czy kosmetyczce. Ale z drugiej strony też nie musimy obawiać się o paznokcie, gdyż zatrzask nie jest aż tak mocny. Na tubce znajdziemy wszystkie niezbędne informacje, choć może jest ich aż tam nadmiar.
Konsystencja kremu nie jest ani leista, ani za gęsta. Zapach nieco kremowy. Przypomina mi bardzo krem Nivea. Delikatny i wyczuwalny przez pewien czas po posmarowaniu i wchłonięciu, aczkolwiek nie męczący. Wchłania się bez zarzutów, całkiem szybko. Zostawia minimalnie wyczuwalną powłokę nawilżającą. Nawilżenie dłoni nie jest jakieś spektakularne. Na mroźne, zimowe dni zdecydowanie nie poleciła bym go. Natomiast na jesienne czy wiosenne, ale cieplejsze dni będzie w sam raz. Moje dłonie nie są jakoś mocno przesuszone, a ten krem dawał im ulgę. Jednak na zimę zaopatrzę się w coś mocniej nawilżającego.
Dostępność/Cena:
Biedronka / ok 4 zł.

Miałyście ten krem? A może polecacie jakiś inny, ciekawy krem na zimę? :)

Porównanie kremów do rąk - Mariza i Cztery Pory Roku.

11 marca 2013

Hej ;]
Dzisiaj nawiedzam Was po raz kolejny :D Dopóki mam wenę do pisania, robię to tak często jak się da. Potem zapewne będzie nawał prac na zajęcia i znów będzie mi brakowało czasu. Dlatego chcę teraz nadrobić to, co czeka mnie niebawem. W międzyczasie robi mi się smaczny obiadek ;P Tak, jestem z tych studentów, którzy nie jedzą zupek chińskich na potęgę, i nie, nie mieszkam z rodzicami. Tzn. mieszkam od czwartku do niedzieli :D A pozostałe dni uczę się i mieszkam w Zielonej Górze z koleżankami. Więc jak mam więcej czasu, pichcę sobie obiadki :D Co prawda nie są to jakieś wymyślne dania, bo kucharka ze mnie żadna :D Cenię sobie najbardziej Polskie jedzenie ;] Ale nie zanudzając Was, dzisiaj przychodzę z dwoma kremami do rąk, które od jakiegoś czasu miałam okazję testować. Tzn. pierwszy testowała moja mama, gdyż mi potrzebny krem do rąk nie był. Jak na złość, gdy dłonie zaczęły mi się wysuszać, moja mama już powoli denkowała ten krem, więc postanowiłam kupić coś nowego dla siebie. Jesteście ciekawe tych kremów? Zapraszam ;]
Dzisiaj na tapetę lecą dwa kremy do rąk. Pierwszy, który wpadł do mnie przy okazji współpracy z Sandrą z firmy Mariza oraz drugi, który kupiłam bo potrzebowałam czegoś na gwałt ;] Zacznę moze od tej części najbardziej suchej, czyli kwestia opakowania. 
Mariza - Zwyczajna, biała tubka niewyróżniająca się niczym szczególnym. Dobrze się zwija gdy kremu mamy coraz mniej, nie sprawia problemów. Nie otwiera się sama w torebce. Odrobinę uroku dodaje jej zdjęcie cytryny na przodzie. Napisy pomimo użytkowania, nie ścierają się. Zdjęcie jest zrobione prawie przy samym zdenkowaniu, więc widać,że napisy są całe, nieprzetarte. Można stawiać krem na zakrętce.
Cztery Pory Roku- Tutaj opakowanie zdecydowanie przyciągające uwagę. Kolorowe, aż krzyczy 'weź mnie' :D Również tubka. Nie otwiera się samoczynnie w torebce. Napisy również się nie ścierają. Krem można spokojnie wydobywać nawet gdy zaczyna go ubywać :) Krem spokojnie możemy postawić 'do góry nogami'.
Zakrętka tubki w obu przypadkach jest taka sama. Nie otwiera się, nie sprawia problemów. Można spokojnie przenosić je w torbie, bez obaw,że coś nam się wyleje. Biała, standardowa. Myślę,że w każdym kremie znajdują się takie właśnie zakrętki.
Konsystencja i działanie.
Mariza - Lekka, delikatna konsystencja. Wchłania się dosyć szybko. Nie pozostawia nam na rękach tłustego filmu. Pachnie obłędnie. Jak tylko go powąchałam, przepadłam. Czuć prawdziwą (nie chemiczną!) cytrynę. Dosłownie, jakbyśmy wycisnęły świeży sok z cytryn. Ja cytrusy uwielbiam, więc ten zapach jest dla mnie w idealny. Nie wszystkim jednak może się podobać. Utrzymuje się przez pewien czas na dłoniach. Krem fajnie nawilża, jednak nie możemy się spodziewać jakiegoś wielkiego nawilżenia. Moja i mojej mamy skóra potrzebuje dosyć małego nawilżenia i ten krem spisał się całkiem nieźle.
Cztery Pory Roku - Tutaj konsystencja jest nieco bardziej treściwa. Można przez to mylnie stwierdzić,że będzie się długo wchłaniać. Nic takiego nie ma miejsca. Krem wchłania się dosyć szybko, przez chwilę jeszcze zostawiając tłustą warstwę. Zapach teoretycznie powinien być również cytrynowy, tak jak w przypadku kremu od Marizy. Jednak tutaj zapach jest bardziej chemiczny. Nie jest mdły czy bardzo sztuczny. Jednak zapachu prawdziwej cytryny nie oczekujmy. Przez pewien czas zostaje na dłoniach. Jego działanie jest również doraźne. Ale dla skóry mało wymagającej jest w sam raz. Często smaruję nim dłonie na wykładach, z tego względu iż szybko się wchłania i ładnie pachnie. :D
Co do składów, są bardzo podobne. Niestety nie unikniemy parabenów czy alkoholu. Jednak nie przesuszają dłoni, więc nie jest źle. Ogólnie zarówno krem z Marizy jak i z Czterech Pór Roku są całkiem przyzwoite. Jeśli miała bym wybierać, zdecydowała bym się na krem z Marizy. Cenowo są bardzo do siebie zbliżone, jednak przeważył zapach. Osobiście polecam zarówno jeden jak i drugi.

Dostępność/ Cena:
Mariza:  www.i-mariza.pl  /  5,90 zł
Cztery Pory Roku:  Rossmann  /  ok. 4-5 zł

Przy okazji witam nowych obserwatorów i mam nadzieję,że zostaniecie ze mną na dłużej :)

Miałyście któryś z tych kremów? Jakie jeszcze polecacie? :)